Pokazywanie postów oznaczonych etykietą między ludźmi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą między ludźmi. Pokaż wszystkie posty

lipca 26, 2020

Jak Ci źle... to idź!

Jak Ci źle... to idź!

Od jakiegoś czasu mocno analizuję swoje emocje i zachowania. Uczę się, choć póki co z mizernym skutkiem, brać odpowiedzialność za własne samopoczucie. To trudne, szczególnie dla osób emocjonalnie rozchwianych, z ponadprzeciętnie rozwiniętą tendencją do pisania scenariuszy i wyolbrzymiania. Nie, że ja. Kolega tak ma. ;) 

Zawsze przecież jest czyjaś wina. Wina tych, którzy się nie domyślili albo nie odpowiedzieli z klucza. Dziś się na tym złapałam. Mówiąc dosadnie, soczystą polszczyzną, bez przebierania w słowach- no wkurwiłam się. Na kogoś. Łzy mi w oczach stanęły, gula w gardle urosła, poziom adrenaliny rozwalił skalę. Co zrobiłaby Aga całkiem niedawno? Rzewnie bym się zryczała i zaległabym w łóżku, samobiczując się w myślach, że on nigdy, a ja zawsze, że bez łaski i w ogóle to w dupie. A na sam koniec, o zgrozo, swoim szóstym zmysłem wyniuchałabym coś najbardziej kalorycznego do skonsumowania i pochłonęłabym na pocieszenie. 

A co się stało dzisiaj? Poszłam na spacer. To jest tak banalne, prawie oczywiste, aż śmieszne. A jednak w zasadzie nigdy nie zastosowałam tego jako swoistej terapii. Co mnie do tego skłoniło? Dostałam na urodziny od mojej przyjaciółki książkę o… chodzeniu pieszo. Serio mówię, cała książka jest o chodzeniu sobie powolutku i docierania wszędzie piechotą, nosi tytuł „Idź krok po kroku”. Kiedy ją zaczynałam, miałam do niej ambiwalentny stosunek. Wydawała mi się chwilami nudnawa, trochę dziwaczna, a sam autor sprawiał wrażenie z lekka nawiedzonego. Ale im więcej stron chłonęłam, tym więcej sensu dostrzegałam w jej treści. Książka ma na celu m.in. przekazanie nam, że chodzenie wpływa korzystnie nie tylko na ciało, ale też na umysł, potrafi zaprowadzić spokój ducha i przywrócić wewnętrzny balans. Tak w ogromnym, ogólnikowym skrócie. Przestałam oceniać Erkinga Kagge (autora) jako osobę dziwną, tylko dlatego, że postrzega świat w totalnie inny sposób. Podjęłam próbę przejęcia jego punktu widzenia. 

My- ludzie nauczyliśmy się spieszyć. Musimy robić to tak często, że stało się to odruchem. W nawyk nam weszła potrzeba jak najszybszego dostania się z punktu A do punktu B. Tracimy zdolność życia tu i teraz, cieszenia się z tego co nas otacza, bo w głowie mamy plany- gonić, zarabiać, kupować, mieć. Mieć co raz więcej przedmiotów, co raz fajniejszych, co raz więcej wygody, komfortu, ułatwień. Nic dziwnego, że w tym wszystkim nie usłyszysz szumu drzew, a nawet jeśli usłyszysz, co w tym radującego? Na ile może cieszyć widok świata zza szyby jadącego samochodu? W pędzie, w którym nauczyliśmy się żyć, nie znajdujemy czasu na przepracowanie wewnętrznych problemów, działamy impulsywnie i wiele rzeczy nas drażni. Autor mówi ciekawą rzecz, że tak naprawdę czas kurczy się proporcjonalnie do co raz szybszego tempa, które sobie narzucamy. Kiedy zwalniamy, czas się rozciąga, otacza nas zupełnie inna rzeczywistość. Pochyliłam się nad tym tematem i stwierdziłam, że absolutnie nie ma w tym wszystkim krzty przesady. A więc dzisiaj zamiast zakopać się pod kocem, wykorzystałam fakt, że Kuba udał się na popołudniową drzemkę i poszłam przed siebie.

„Świat jest zorganizowany tak, żebyśmy jak najwięcej siedzieli. W całym tym siedzeniu chodzi o pragnienie władz, byśmy wytwarzali Produkt Krajowy Brutto i spełniali potrzebę gospodarki, jaką jest to, byśmy konsumowali i mogli odpoczywać kiedy nie konsumujemy. Ruch ma być krótki i efektywny.”*

W pierwszym momencie targały mną złe emocje, o których pisałam wyżej. Gula w gardle zrobiła się wręcz bolesna, pozwoliłam sobie na rozpłakanie się na głos. Pomogło. Ku mojemu wielkiemu zdumieniu, spokój przyszedł niespodziewanie szybko. Mimo, że myśli biegały po mojej głowie jak szalone, starałam się też słuchać swoich kroków na bujnej, dziko rosnącej trawie, brałam głębokie oddechy, bacznie lustrowałam otoczenie- wysokie zboże, samotnie rosnący klon, kolorowe, dzikie kwiaty, specyficzny zapach gęsto rosnącego wrotyczu. Im dłużej szłam, tym myśli układały się co raz bardziej, uspokoiły się i wróciła racjonalność. Nie przestawałam przyglądać się uważnie światu, obierałam trasy, którymi nigdy wcześniej nie szłam. Kiedy wysokość i gęstość chwastów mnie przerosły, postanowiłam dokończyć drogę idąc między rzędami kukurydzy. Spacerowałam tak dobre dwie godziny, po drodze robiłam przystanki i korzystając z posiadania przy sobie telefonu, robiłam zdjęcia. Pierwotnie telefon zabrałam ze sobą tylko dlatego, by moja mama mogła się ze mną skontaktować gdyby Kuba zakończył swoją drzemkę wcześniej niż zakładałam. I tak też się zdarzyło, dlatego ostatnie kilkadziesiąt metrów przyspieszyłam kroku. 

„Myśli, które przelatują mi przez głowę, albo niepokoje, które czuję w ciele, zmieniają się i rozjaśniają, kiedy idę. Gdy rozpoczynam podróż, rządzi lekki chaos, a gdy dochodzę do celu, przeważa porządek.” *

Spacer okazał się być lekarstwem na moją impulsywność i podejmowanie niekoniecznie dobrych decyzji w złości. Naprawdę warto czasem odejść od „źródła” problemu i dać sobie czas. Tym, którzy tak jak ja, do tej pory próbowali oswajać swoje demony zwijając się w kłębek i gapiąc się w ścianę, z całego serca polecam spróbować po prostu iść. Przed siebie, powoli i do skutku- dopóki nie poczujecie spokoju. A poczujecie na pewno. I nie jest istotne czy idziecie zapuszczoną, polną ścieżką, czy zatłoczonym chodnikiem. Istotne jest, by żyć tu i teraz, analizować to co nas w danej chwili otacza. 

 * cyt. Erlin Kagge "Idź krok po kroku"














maja 26, 2019

Mam prawo krzywdzić dziecko bo jest moje

Mam prawo krzywdzić dziecko bo jest moje


Z góry sorki za clikbait, (początkowo trochę nieświadomy) jednak doszłam do wniosku, że ten tytuł nie mógł brzmieć inaczej. Wkurzyłam się porządnie, serio.

Gdzieś kiedyś już wspomniałam, że należę do kilku grup zrzeszających mamy i przyszłe mamy. Jest jedna taka grupa, która została utworzona dla kobiet mających termin przypadający w tym samym miesiącu. Najpierw dzieliłyśmy się tam swoim nastrojem, wiedzą, gadałyśmy o metodach łagodzenia bólu pleców albo pozbycia się zgagi i wylewałyśmy swoje żale wszelakie. Generalnie grupa wsparcia, wiadomo- tak raźniej mieć kontakt z kobietami, które przechodzą to co ty. Bardzo sympatycznie tam było. Teraz już wszystkie członkinie są mamami od czterech/pięciu miesięcy i już się wyłaniają pierwsze matki-kwiatki. Początki niewinne- a moje się już obraca, a mój się śmieje, a mojemu ząbek wyłazi, a moja taka już mądra i rezolutna. No i okej, ja to rozumiem. Sama się totalnie jaram każdym jednym postępem, a z okazji Dnia Matki popłakałam się, że mój pierworodny, pomimo swej okropnej męki (leżenie na brzuszku takie ohydne) z determinacją próbował pełzać do przodu i dał radę! Co prawda ja nie wrzucam takich postów na grupy bo zdaję sobie sprawę, że ma tak KAŻDA KOCHAJĄCA MATKA. Ale rozumiem i szanuję, że inne mają taką potrzebę.  Wracając do tematu- odnoszę wrażenie, że niewinny post pani Ani Kowalskiej* o zręcznym chwytaniu zabawek przez Brajanka** daje innym matkom uczucie przypominające prąd z paralizatora w dupie. I zaczyna się potok komentarzy „a mój to już dawno; a moja nie dość, że chwyta, to jeszcze…” i jadą, jadą. Jednak wszystko to odbywa się w (być może złudnej) przyjaznej, spokojnej atmosferze. Generalnie grupa mimo wszystko nadal często służy pomocą, poruszane są istotne tematy, padają naprawdę ciekawe pomysły i porady. Ale to co ostatnio tam widziałam sprawiło, że mi wszystkie rynce opadły. 

Magiczny miesiąc czwarty, pierwszy spór o to czy rozszerzać dziecku dietę czy też nie. Nie jestem zwolenniczką dyskusji na ten temat w zakresie przyznawania słuszności jednej ze stron. Jest ogólnie przyjęte, że dietę najlepiej rozszerzać po miesiącu szóstym, ale w czwartym już można, więc nic nikomu do tego jak kto postanowił. Proste. Mimo to pojawiają się już grzmoty i pioruny, matulki przepychają się w kwestii czyja prawda jest słuszniejsza. Jednak nie rozszerzanie diety mnie tak dziabnęło. Dziabnęły mnie fotki czteromiesięcznych dzieci, które są sadzane w krzesełkach do karmienia z oparciem 90 stopni. Serio? Można to robić nieświadomie. Pomijam fakt, że każda z tych matek ma dostęp do Internetu i nieograniczone możliwości korzystania z niego. Mamy XXI wiek i nie trzeba zapierdalać do biblioteki, żeby poczytać o tym CZY POWINNO SIĘ SADZAĆ DZIECKO KIEDY NIE SIADA SAMODZIELNIE. Ok, zakładamy, że biedne dziewczyny są nieświadome krzywdy jaką mogą wyrządzić dziecku i inne członkinie grupy grzecznie (podkreślam grzecznie, serio!) informują, że to nie jest dobry pomysł. I co czytam? Rozległe, często ironiczne odpowiedzi. To już nie jest wyścig czyj Brajanek szybciej wyrecytuje Pana Tadeusza. To bezpośredni atak na karyńską godność, podważanie wiedzy i autorytetu jako matki, solidny cios w ich dumę oraz ego. „Ohoho, znalazła się wszechwiedząca pani doktor”. „Noo taaaak, jestem najgorszą matką, robię dziecku krzywdę, oj zobacz jakie nieszczęśliwe!”. Była jedna taka odważna, która kocha kąpiele w gównoburzy i rzuciła na pożarcie zdjęcie swojego dziecka siedzącego w krzesełku, wyzywając „wszechwiedzące madki polki” na pojedynek. Patrzcie jaka krzywda mu się dzieje, zlinczujcie mnie, hejterzy do boju! Voila! Tak się reaguje na informacje, że twoje dziecko może w przyszłości czekać rehabilitacja z powodu poważnych problemów z kręgosłupem. Przyznawanie się do błędu i do niewiedzy jest passe. Żeby chociaż na chwilę uruchomić te uśpione szare komórki… Żeby zmusić zwoje mózgowe do pracy i zanim się kogoś obrzuci łajnem, wpaść na genialny pomysł poszukania informacji w Internecie czy aby nie ma w tym choćby ziarenka prawdy. W tym wszystkim najbardziej przerażające jest to, że swoje ego i dumę kobiety stawiają ponad zdrowie swoich dzieci. Które się zaprą i ni chuja, choćby skały srały, a z lodówki wyskoczyłby fizjoterapeuta z przestrogą, one dają sobie prawo zwierzchnicze BO SĄ MATKAMI. A cała reszta świata, która śmie im zwracać uwagę to paskudni, najobrzydliwsi hejterzy, nie wiesz?

Bo to jest do chuja Wacława moja własność i mogę decydować o jego losie, a Ty się gówno znasz, bo to nie jest Twoje dziecko zazdrosna lambadziaro! 

Powiem tak. Twoje dziecko posadzone i podparte z każdej strony poduszkami będzie nadal uśmiechniętym dzieckiem. Kiedy będziesz je stawiać i ciągnąć za rączki na siłę, chętnie będzie wykazywało inicjatywę i z radością domagało się więcej takich zabaw. Kilkumiesięczne dzieci z wielkim zaangażowaniem chłoną wiedzę o świecie i o swoim ciele. Dostrzegają zależności i całkowicie polegają na Tobie. Sadzając je, ucząc wcześnie chodzić, pokazujesz im nowe możliwości, więc nie dziw się, że chcą więcej i więcej. Ale nie ma to nic wspólnego z ich naturalnym rozwojem i gotowością do tak poważnych przedsięwzięć. I nie wiem dlaczego wydaje Ci się, że gdyby to miało zaszkodzić dziecku, to zaszkodziłoby już teraz. A jak zjesz cukierka i nie umyjesz zębów, to masz  w nich od razu czarne dziury i zaawansowaną próchnicę? A jak raz włożysz zdrową stopę w za ciasny but, to wyjmiesz zniekształconą? Trochę logiki, błagam. To są procesy długotrwałe, a skutki długofalowe. To, że teraz nie widać skrzywienia kręgosłupa, a dziecko nie odczuwa bólu, nie oznacza, że tam się nic nie dzieje. Kropla drąży skałę. 

Dzieci w życiu jeszcze się nasiedzą i nachodzą, moment niemowlęctwa trwa tak krótko. Może warto dać im cieszyć się tym krótkim okresem i samodzielnym odkrywaniem własnych możliwości? Czy widziałyście kiedyś jakiegoś dorosłego człowieka, który pełzał sobie chodnikiem, a zapytany dlaczego przemieszcza się w ten sposób, odpowiadał „bo mnie mama nie nauczyła chodzić”? Znacie kogoś, kto przy ogólnie dobrym stanie zdrowia leży, bo go matka nie nauczyła siadać? No cholera, pewnie, że nie! Ludzie, apeluję o zdrowy rozsądek, natura wie co robi. Zamiast kontrolować czy się poduszka spod plecków nie osuwa, kontrolujcie stan zdrowia swoich pociech, by mieć pewność, że pewnego dnia usiądzie i postawi swoje pierwsze kroki SAMODZIELNIE, bez ryzyka późniejszych fizjoterapii i rehabilitacji. Zadajcie sobie pytanie czy ważniejszy dla Was jest przywilej decydowania o własnym dziecku bez względu na konsekwencje, wyścig z innymi matkami o nie wiadomo co, czy jednak warto się trochę wysilić, żeby zdobyć wiedzę jak się tym dzieckiem zajmować, aby w przyszłości nie cierpiało.
Peace. 

* imię i nazwisko wymyślone
** to też :) 


Ps. Tu dla niedowiarków i leniuszków wrzucam kilka linków z artykułami o wczesnym sadzaniu dzieci.


kwietnia 14, 2019

Nie ciesz się tak, będzie gorzej.

Nie ciesz się tak, będzie gorzej.

- Cześć, co u Ciebie słychać?
- Cześć, ach, teraz to się pozmienia, zostanę babcią, Agnieszka zaszła w ciążę. Miała problemy, leczyła się, wszyscy trzymamy kciuki, żeby ciąża przebiegała prawidłowo.
- No córka szwagierki mojej siostry też miała problemy, jak zaszła to donosiła, ale ciąża leżąca i dziecko chore. 

Yyyyy.
Ekskjuzmi, łot ar ju pierdoling ebałt? Nie gratulujesz, dobra, spoko. Ale w czym ma pomóc taka informacja? Tylko usłyszysz, że ciąża zagrożona, nagle przypominają ci się wszystkie historie ciąż zagrożonych trzy pokolenia wstecz i najchętniej przytaczasz te najsmutniejsze, które nie skończyły się najlepiej.

To się zdarza nagminnie. I, o zgrozo, nie kończy się po urodzeniu dziecka. „A zobaczysz jak…”, to chyba najczęściej słyszane słowa przez przyszłe i świeżo upieczone mamy. Zastanawiam się DLACZEGO. Moja najbliższa rodzina akurat oszczędziła mi takich tekstów, ale z zewnątrz trochę ich napłynęło. Nie tylko do mnie, obserwuję co się dzieje, czytam fora, mnóstwo jest kobiet skarżących się na notoryczne „pogróżki”,  że będzie tylko gorzej.

- Jak znosisz ciążę?
- Całkiem dobrze, nic mnie nie boli, oby tylko tak dalej.
- Zobaczysz pod koniec, tak nogi puchną, przez ból pleców spać nie można, a z kibla to nie zejdziesz. 

Nooo kurwa, serio? Absolutnie nie masz prawa cieszyć się ciążą, a jak za dobrze się czujesz, to zobaczysz co będzie później, ty się tak nie ciesz!

-Nie wymiotujesz? Zobaczysz, że zaczniesz.
-Mało utyłaś? Kochana, do końca ciąży jeszcze trochę, mnie pod koniec rozwaliło, ciebie też rozwali.
 -Rozstępów nie masz? W ostatnim dniu mogą się pojawić.
-Masz zaparcia? Nie masz? Ale wiesz, że hemoroidy wychodzą też przy porodzie?

Nawet jeśli coś Ci dolega, ludzie jakby dopiero dostali jakiś zapalnik. W zasadzie głównie kobiety.
- Masz zgagę? Ojeeej, to już ci zostanie, ja miałam taką, że aż ryczałam z bólu.
- Boisz się porodu? Nooo moją siostrę to rozerwało. / Słyszałam, że ciocia znajomej mojej sąsiadki miała wstrzymanie akcji porodowej, dziecko prawie się udusiło. / Tak mnie nacięli, że przez miesiąc ledwo chodziłam. 

I po urodzeniu dziecka

- Ładnie przesypia noce? Mój też przesypiał na początku, a potem jakby diabeł w niego wstąpił. Lepiej się naciesz, bo to się skończy.
- Grzeczne? Zaczekaj aż skończy x lat.
- Niegrzeczne? Ty tak nie narzekaj, poczekaj, aż zacznie ci pyskować.
Zaczekaj aż zacznie mówić, aż pójdzie do: przedszkola, szkoły, kurwa pracy…
Tylko ZACZEKAJ! Nie ciesz się absolutnie tym co jest teraz, ale też się na zapas nie martw, bo wiesz co? Bo później będzie gorzej! 

Skąd się bierze straszenie własnym dzieckiem? Jak to jest? Czy Wy się lepiej czujecie, kiedy ktoś się gorzej poczuje? Skąd się bierze odruch bombardowania przygnębiającymi informacjami? Nie możesz udźwignąć tego, że ktoś się czuje lepiej od Ciebie? O co chodzi z tym wywlekaniem smutnych, rodzinnych historii? Dlaczego ludzie nie mają w odruchu życzyć komuś dobrze? Poklepać po ramieniu i powiedzieć „będzie ok”? Powiedzieć „cieszę się”? Dlaczego odbieracie młodym mamom radość z ciąży i macierzyństwa? Próbuję znaleźć na to odpowiedź, ale nie potrafię. Może ktoś, coś?

Ja od siebie mogę tylko wyperswadować prośbę:  Jak nie macie do powiedzenia nic miłego, to z łaski swojej stulcie dzioby. A jak macie problem z akceptacją swojego życia, warto się zgłosić do specjalisty, a nie wpędzać w przygnębienie resztę otaczającego was świata.
Dziękuję.

listopada 15, 2018

Moja kreatywność a proza życia

Moja kreatywność a proza życia



Opowiem Wam historyjkę o tym jak moja romantyczna kreatywność dostała w mordę od codziennej przyziemności. A było to tak:

Miał urodziny… Zaznaczę, bo to ważne- jego praca polega na ciągłych wyjazdach. Wyjazdy te nie są regularne i nie rządzą się żadną systematycznością. Są plusy i minusy takiego życia, ale temu może poświęcę inny, trochę poważniejszy wpis. Dziś o zdecydowanym plusie jego częstych nieobecności. Nie ma najmniejszego problemu, żeby przygotować dla niego coś w tajemnicy, a niespodzianki to ja moim bliskim kocham robić. A więc (miałabym po łapach od mojej polonistki. Nie zaczyna się zdania od „a więc…”. Sama jestem nauczycielką z wykształcenia, ale who cares?) wracając do tematu- miał urodziny. Tak się w czasie złożyło, że ku mej wielkiej radości akurat w ten dzień miał wrócić do domu. Opowiem Wam jak to wyglądało w mojej wyobraźni. 

Wspólnymi siłami, troszkę nieudolnie, troszkę w ciemno stworzyliśmy swoją pierwszą sypialnię, wszystko było zrobione we własnym zakresie, nawet sufit szlifowałam osobiście tymi ręcyma. Ostatnim elementem, który miał ocieplić wnętrze i nadać mu charakteru był obraz. P. należy do mężczyzn, którzy lubią stylowe dekoracje i przykłada wielką wagę do tego, by w naszym gniazdku było przytulnie, więc prócz gier, ekstremalnych przeżyć i dobrej whisky, prezenty typowo wnętrzarskie również sprawiają mu wielką radość. Postanowiłam, że na urodziny otrzyma właśnie tę oto wisienkę na naszym sypialnianym torcie- obraz. Nie byłabym sobą, gdybym po prostu mu go podała. Lubię podchody, liściki i ogólnie lubię wysilić swoją kreatywność dla osób, które kocham. On w to wchodzi, twierdzi, że to lubi, a ja wierzę mu na słowo i działam. 

Plan był taki:
On wchodzi do mieszkania, naprzeciwko niego stoi zapakowany w papier duży obraz. Ale nie może go rozpakować, musi zagrać w grę. Widzi karteczkę ze znakiem zapytania. Odkleja ją, pod spodem jest kolejna karteczka z napisem „Let’s play game” i narysowaną słynną maską z filmu „Piła”. Na odwrocie jest zagadka. Prosta, chodzi o zabawę, nie o wytężanie umysłu, bo tego mu dostatek przez ostatni tydzień w pracy. Najpierw musi znaleźć zapalniczkę, później urodzinowe świeczki, z tym musi odszukać ukryte urodzinowe babeczki z owocami, wetknąć świeczki, zapalić je, pomyśleć życzenie, zdmuchnąć i na koniec dopiero może odpakować prezent. W tej chwili mogę wyjść już z łazienki po długiej kąpieli, pachnąca, w ładnym wdzianku i zaserwować mu kolację. Happy End. Nikt nie zwymiotował na tęczowo? Świetnie.

Jak było?
Kupiłam piękny, srebrny papier do pakowania prezentów. Kiedy go rozwinęłam, okazało się, że wcale nie. Kupiłam dużo transparentnego celofanu zawiniętego w rulon. Czasu na pakowanie miałam niewiele, bo przecież po co zabierać się za to wcześniej…? Co za tym idzie, czasu na pójście do sklepu po ozdobny papier nie było W OGÓLE. Co zrobiłam? Spanikowałam rzecz jasna, co innego mogłam zrobić? Ruszyłam w popłochu w stronę szaf, w których potencjalnie mogłoby znajdować się coś, czym można opakować metrowy obraz. Znalazłam starą, niebieską tapetę, która została jeszcze po świętej pamięci babci. Zły pomysł. Została mi przysłowiowa brzytwa, której mogłam się schwytać. Zapakowałam obraz w folię aluminiową. Wyglądał jak specjalne zamówienie na wynos z chińskiej knajpy. Przynajmniej na milion procent rzuci mu się w oczy. Przedpokój maleńki, a obraz stoi vis a vis drzwi. Karteczki przygotowałam, wszystko pochowałam gdzie się należy, zbliżała się godzina powrotu mego lubego, czyli już czas na zamknięcie się w łazience. Wlazłam do wanny i już się miałam oddać rozkosznej kąpieli, gdy rozległ się dźwięk domofonu. To pewnie on, zachichotałam złowieszczo w duszy. Domofon dzwoni drugi raz. No ni chuja, nie otworzę, bo wszystko zepsuję. W końcu wszedł do klatki, dotarł pod drzwi i… dzwoni. Ale dzwoni bardzo! Dzwoni, dzwoni, dobija się, a ja siedzę, „nie słyszę”, no cholera kąpię się, jestem naga, nie otworzę! W końcu słyszę, że zamek chrobocze, wreszcie sam sobie otwiera. Słyszałam jak P. wtaczał się do mieszkania z walizką i milionem innych tobołków, rozmawiając przy tym nerwowo przez telefon. Nie przerywając nawet na moment rozmowy, wściekły pokierował swe kroki od razu do naszej sypialni, która spełniała też funkcję jego biura. Zasiadł za biurkiem, włączył komputer i wysunął półkę z klawiaturą robiąc przy tym paskudnie dużo hałasu. Rozmowa dotyczyła typowo jego pracy, tyle zdołałam zrozumieć. Znieruchomiałam w tej wannie. P. skończył rozmowę i zaczął coś pisać w komputerze. Również BARDZO pisać, aż iskry szły. Poczekałam jeszcze chwilę. Może wylezie z tej sypialni i zauważy stojącą w przedpokoju, nowoczesną instalację „Olbrzymie sajgonki na wynos”? Nic z tych rzeczy, zapuścił korzenie na tym fotelu. Osuszyłam się i wyszłam z łazienki. Natychmiast po przekroczeniu progu sypialnio-biura rzucił mi złowrogie spojrzenie i zapytał dlaczego mu nie otworzyłam, kiedy on miał pełne ręce i wisiał na telefonie. Kiedy zapytałam czy naprawdę nie zauważył co stoi w przedpokoju, czoło mu się wyprostowało i brwi wróciły do swojej naturalnej pozycji. Wyszedł, zerknął na pakunek i przeczytał karteczkę. Nie powiem- miałam gule w gardle, a moja wrodzona ekspresyjność gorączkowo szukała ujścia, ale bez jaj- nie będę się na niego wściekać, że nie poszło po mojemu. Wycofałam się znowu do łazienki i dałam mu czas na zabawę. W zasadzie nie zdążyłam nic konkretnego zrobić, bo już po chwili wlazł cały zadowolony do łazienki z otwartą paczką pikantnych nachos. I stoi, chrupie i dumny prezentuje, że MA:
- Dziękuję! – rzekł entuzjastycznie.
Nie wiem jaką miałam minę, ale czułam się, delikatnie mówiąc, trochę zbita z tropu. Przyglądałam mu się krótszą chwilę i zdołałam tylko zadać krótkie pytanie:
- A co ty teraz robisz?
- No.. znalazłem!
W rzeczy samej miał znaleźć w kuchni coś, czego do tej pory tam nie było, ale była to gigantyczna zapalniczka, a nie paczka przekąsek, która z zabawą nie miała nic wspólnego. A jeśli nie znalazł zapalniczki, nie znalazł też kolejnej karteczki. A to znaczy, że świeczek i babeczek także nie znalazł. Kurtyna.

I w zasadzie cóż Wam po tej historii, która być może tylko mi wydaje się zabawna? Ano nasunęły mi się pewne wnioski. 

Każdy kiedyś miał dla kogoś taki obraz w aluminiowej folii. Tym obrazem mogła być zaplanowana kolacja, zaręczyny, test ciążowy, telefon z dobrą nowiną i tak dalej... Wszystko mieliście zaplanowane, miało wyjść idealnie, jednak po drodze coś poszło nie tak… Nie tak sobie wyobrażaliście ciąg dalszy. Ktoś nie odebrał, powiedział „nie teraz”, zamilkł, zachorował, został dłużej w pracy, zasnął, nie było go w domu. Ja na przykład prawie zepsułam własny baby shower. Tak wygląda życie. Cokolwiek zaplanujemy dla kogoś, nigdy nie możemy przewidzieć co się stanie. Po drugiej stronie jest osoba. Inna osoba niż Wy, która nie wiedziała o Waszych planach… Której dzień minął zupełnie inaczej. W czasie kiedy Wy byliście pochłonięci realizacją swojego planu, druga strona być może właśnie zmagała się z jakimś problemem, stała przed trudnym wyborem, żyła sobie w totalnej nieświadomości. Jakkolwiek Wasz plan nie wypali, to niczyja wina i nie macie prawa wściekać się na NIKOGO. To się zdarza, życie to nie film i nikomu nie wciska się gotowego scenariusza. Pamiętajcie, że jeśli robicie coś dla kogoś, nie obwiniajcie go, że Wam wszystko zepsuł. Ja wiem, że to szepczące, wredne ego daje o sobie znać. Bo jak to tak- JA się tak staram i wszystko na nic? JA miałam wypaść w jego oczach tak wspaniale, a on teraz to burzy! JA poświęciłam swój czas! Powiem krótko- niczego nie oczekuj i jeśli naprawdę robisz coś dla kogoś, to rób to dla kogoś do końca. Nie dla siebie i dla połechtania swojego ego. Niespodzianki są wspaniałe, a jeszcze wspanialszy jest nieprzewidziany ciąg dalszy. A ciąg dalszy zawsze jest i życie zawsze wykreuje plan B. 

I wiecie co? Jak wszedł z tymi chrupkami do łazienki, był przepełniony wdzięcznością. Serio. Jakkolwiek głupio by to nie brzmiało- naprawdę myślał, że paczka nachosów to było to wspaniałe COŚ, co dla niego przygotowałam. Że to był maks mojej kreatywności. I z całej siły chciał mi pokazać, że się z tego bardzo cieszy. Być może pomyślał, ze to dziwaczne, ale postanowił okazać mi wdzięczność, że przygotowałam coś specjalnie dla niego. Gdyby nie ta pomyłka, w życiu nie zapamiętałabym jego reakcji z taką dokładnością. Dał mi tym do zrozumienia, że na jakikolwiek pomysł bym nie wpadła, on go doceni, bo wie, że się starałam. Dla niego.

Wyłapujcie te drobiazgi z nieporozumień i niespodziewanych zwrotów akcji, bo one dużo Wam powiedzą o drugim człowieku. :)

maja 01, 2018

Przejdź na Tumiwisizm

Przejdź na Tumiwisizm


Kiedy następnym razem złapiesz się na tym, że komentujesz czyjeś wybory, styl albo sposób bycia zastanów się co u Ciebie poszło nie tak. Co mógłbyś zrobić w tym samym czasie, w którym teraz wpierdalasz się w czyjeś życie? Zadzwoń do mamy, wyślij sms o treści „pomagam” albo idź się zabij, tylko weź daj żyć innym jak chcą. Panie/Pani Ideał vel Bez Wad.
A Ty, kiedy komentują Ciebie albo krzywią się na Twoje zdanie, popatrz na nich i pomyśl jaka będzie różnica między tym, że się przejmiesz, a tym, że się nie przejmiesz. Nic się na świecie nie zmieni, oni dalej będą pierdolić, pogoda będzie dalej ta sama, tylko na jedno masz wpływ- możesz naprawdę mieć to w dupie i dalej żyć na własnych zasadach. Weź na nich spójrz i pomyśl ile oni znaczą w Twoim życiu. Co Ci po sympatii osób, które idealnie potrafią Cię podsumować sugerując się jedynie tym, co mówi ktoś inny? Serio? Tacy są do przodu w poglądach, swoim zdaniu, stylu i upodobaniach kulinarnych, a wystarczy, że ktoś im bardziej bliski nasra na Ciebie i oni nagle też na Ciebie srają. Ja wiem, że to chore- dają Ci czystą kartę a potem usłyszą kogoś, kogo podciągną pod swój autorytet i nagle karta jest zagryzdana po brzegi „bo on już mi wszystko powiedział”. No gratuluję Państwu Mamswojezdanie! 
Kiedy wiesz, że żyjesz nie krzywdząc innych i wypowiadasz się, nie mając na myśli nic złego, serdecznie zlej wszystkie poprzekręcane słowa i źle zinterpretowane sytuacje. Odpowiadaj za swoje czyny i słowa a nie za to jak je ktoś zrozumiał. Ktoś ze zgniłym wnętrzem nawet gdyby sam Bóg Ojciec i Bóg Spaghetti się bezpośrednio do niego odezwali, doszukałby się drugiego dna i podstępu. Nie trać proszę czasu na udowadnianie swojej niewinności i szlachetności komuś, kto Cię już dawno zaszufladkował, bo to bicie głową w mur. Kiedy wchodzisz takim ludziom w dupę, czują się wygrani i niech Cię nie zmyli ich uśmiech. Kiedy się odwrócisz, z wielką przyjemnością zsuną do kolan dolną część garderoby i na Ciebie nasrają. Dusi w mostku ta świadomość, co? Wiem.

Zamiast próbować zrozumieć, zajmij się tym, co Cię uszczęśliwia.
Jeśli chcesz, to sobie płacz jakie to niesprawiedliwe, pytaj los za co tak obrywasz, ale wiedz, że poświęcasz na to swój własny czas. Te minuty, godziny, dni, które mijają i już nigdy ich nie odzyskasz. Mogłeś zadzwonić do ukochanej i powiedzieć coś miłego, zabrać przyjaciółkę na dobre żarcie, obejrzeć odcinek The Office albo odbębnić trening cardio.  Zamiast tego poświęciłeś ten czas na kogoś, kto z chęcią wykopałby głęboki rów i Cię do niego wpierdolił. Pomyśl czy jest sens.
Zacznij już dziś ćwiczyć swoją wolność.
Ja wiem, teraz to sobie cwaniakuję a do niedawna sama byłam jak bohaterka opery mydlanej, która pada zrozpaczona na kolana i z podniesionymi rękoma krzyczy w niebiosa „PORQUE?!!!”. A wystarczyła prosta rzecz. Zaczęłam myśleć o tym co mam i na tym się skupiłam. Ile wspaniałych ludzi znam i to chyba nie przypadek, że mam wokół siebie tyle mądrych i ciepłych osób. Którzy też niejedno od życzliwych słyszeli na mój temat, a jednak zaufali sobie i postanowili przekonać się osobiście. To właśnie ta grupa ludzi, która zasługuje na mój czas i moje myśli. Dotarło do mnie, że ci wszyscy biedni ludzie, którzy wyrabiają sobie o kimś zdanie tylko na podstawie zasłyszanych informacji są w głębi duszy nieszczęśliwi. Bo czy człowiek nie dający sobie wolności wyboru i nie obdarzający zaufaniem własnej intuicji może być szczęśliwy? Czy człowiek trzymający czyjąś stronę tylko z obawy, że zostanie odepchnięty może nazywać się wolnym człowiekiem?
Uświadom sobie jak różni są ludzie.
Jak bardzo różnimy się intelektualnie, mentalnie, jak różnią się nasze priorytety i style życia. Po Ziemi chodzą tacy Doktorzy House’y, Billowie Gates’y, Legalne Blondynki, Matki Teresy, Ojcowie Rydzyki, Waldusie Kiepscy etc.… Widzisz te przepaści? To, że ktoś mówi, że jesteś chujowy, nie znaczy, że ma rację. To, że ktoś nie rozumie tej różnorodności, a siebie uważa za istotę jedyną nieomylną na tym świecie- ma problem, nie Ty.
Nie masz wpływu na to, jacy są inni.
Ale masz wpływ na to jaki sam jesteś. Nie masz wpływu na to, kto miesza Cię z błotem. Może to być ktoś obcy, a może to być Twoja najbliższa rodzina. Masz wpływ na to czy dasz się tym zgasić i czy będziesz tym żyć. Odradzam. Kiedy zaczynasz być ponad to, wkraczasz na inny poziom życia. Czujesz się lepiej fizycznie, zrzucasz ciężar, który usadowił się w mostku, możesz oddychać i chcesz się po prostu uśmiechać.
Pokieruj swoim życiem tak, żeby nie być jak oni.
Nie słuchać, nie osądzać, iść swoją drogą i nawet jeśli masz się na kimś przejechać, to osobiście. A oni niech Cię wyrzucają ze znajomych, dopisują historie, blokują, osądzają. Niech ta selekcja się odbywa w tym gnuśnym, zamkniętym światku, a Ty bądź wolny wśród innych wolnych ludzi.

Śmiej się! Peace.

lutego 16, 2017

Mąż Cię bije? To się pomódl!

Mąż Cię bije? To się pomódl!




Poznajcie Monikę. Ma 27 lat, ma dwójkę dzieci. I męża (jeszcze). Poczuła się spoliczkowana przez ludzi, którzy rządzą naszym krajem i kościołem. Aczkolwiek wydaje mi się, że "spoliczkowana" to zbyt łagodne określenie. Spokojnie można powiedzieć, że została porządnie skopana, sponiewierana pasywną agresją przez tych tam, co siedzą przy korycie. Dostałam od niej wiadomość pełną rozgoryczenia, niezrozumienia i złości. Uważam, że powinno przeczytać jej wypowiedź szersze grono. Poniżej, oczywiście za jej zgodą, publikuję to, czym postanowiła się ze mną podzielić. Bez zbędnych komentarzy i odnoszenia się do tekstu (z którym po prostu się zgadzam) zostawiam go wszystkim do przemyślenia i konstruktywnej dyskusji. 

"Kupiłam sobie ostatnio gazetkę "Fakty i mity", tygodnik nieklerykalny. Zupełny przypadek. 
Kupując myślałam, że trafiłam na coś w stylu Super ekspres. Myliłam się. Gazeta jest przeciwna działalności kościoła. Ale przy faktach, które gazeta opisuje mam wrażenie, że żyjemy w czasach podobnych do czasów Wisłockiej, tyle że nasze czasy różnią się nie co do podejścia do spraw seksu a co do spraw przemocy domowej. W związku z tym, że temat bardzo mi bliski z autopsji zaczytałam się w wyżej wymienionej gazecie wczoraj wieczorem i aż musiałam "przespać się" ze zdobytą wiedzą. 
Otóż dla mnie oczywistym jest, że bicie jest złe. Obojętnie kto kogo bije i jakiego jest wyznania. Dalej jest złe, jeżeli bije katolik. I dla mnie oczywiste jest, że osoba każdego wyznania może stać się katem, bo to że ktoś twierdzi, że jest wyznawcą jakiejś wiary nie oznacza z góry że jest dobrym człowiekiem i można zakładać, że nie popełnia złych czynów.
Do czego dążę. Otóż pamiętam czasy kiedy Duda kandydował na prezydenta. Pamiętam że z mocą powtarzałam, że nie głosowałabym na niego, że wolę "cipę" Komorowskiego. Dlaczego? Ano dlatego, że Duda stale powtarzał, że tzw konwencja antyprzemocowa uderza w tradycyjny podział ról w rodzinie oraz ogólnie uderza w rodzinę polską. Burzyłam się w duchu ogromnie, no bo przecież sama siedziałam obok kata słuchając wypowiedzi Dudy w "Wiadomościach" i nie rozumiałam jak można było mówić w XXI w że działanie przeciwko przemocy jest złem?! Oczywiście inni politycy nawróceni na kaczyzm, moheryzm oraz księża dokładali swoje trzy grosze o zgubnych skutkach konwencji dla rodziny. 

Wyczytałam w tej mojej gazecie, że PIS planuje w Sali Kolumnowej sporządzić odpowiedni akt prawny- wypowiedzenie konwencji dla Polski z Konwencji Rady Europy (fakty być może Ci znane, ja od kilku miesięcy nie oglądam wiadomości). Działania te poparte są myślą, że skoro w Polsce 90 % ludzi to katolicy, a katolik przecież przemocy nie stosuje- czyli przemocy w Polsce nie ma. Więc konwencja w Polsce nie ma racji bytu. No bo jak mamy podpisaną konwencję, to tak jakbyśmy przyznawali się do tego że katolik jednak tę przemoc stosuje. Uznano zatem, że należy po cichu pozbyć się konwencji w Polsce- po cichu żeby czasem jakieś feministki czy inne gender się nie oburzały. Dodatkowo pierwszy sekretarz komitetu centralnego PiS, towarzysz Kim-Dzong-Kwacz w związku z tym, że nie ma przemocy rodzinnej odciął dofinansowanie "Niebieskiej Linii" i poradnia telefoniczna od stycznia zawiesiła działalność. Polski Kaczogród! 

Kiedy byłam dzieckiem bardzo wierzyłam w Boga. Modliłam się bardzo dużo. Dojeżdżałam na coniedzielną mszę do kościoła rowerem. Łykałam każde słowo powiedziane przez księdza, uznawałam jako moje prawdy życiowe. Przeżywałam w duchu każdy grzech jako obrazę Boga. Wtedy moja wiara to było coś pięknego. Taka czysta miłość. A teraz moja wiara zaczęła mi przeszkadzać. No bo kościół zabrania rozwodów. Rodzina ma być razem. Mąż bije? Nieś swój krzyż. Nie chcesz mieć więcej dzieci? Musisz chcieć! W małżeństwie trzeba być otwartym na każde nowe życie! Antykoncepcja? Zaburza normalne relacje między małżonkami i prowadzi do bezpłodności... Jo, serio? Czy to, że ktoś jest katolikiem oznacza, że nie używa mózgu i nie potrafi logicznie myśleć? My jako katolicy mamy słuchać słów Ojca Świętego, jego postanowienia uznawać jako swoje życiowe zasady. Ale jak tu się do tego odnieść, skoro Papież w potępiał w 1832 r powstanie listopadowe, uważał że Polska powinna skupić się na swojej wierze a nie na tym by istnieć jako niezależne państwo...

Zabij mnie za moje przemyślenia w niedzielny poranek."

stycznia 23, 2017

PseudoWalentynki

PseudoWalentynki



Im bliżej Walentynek, tym robi się goręcej. Bynajmniej nie przez to, ze wszyscy pieją z zachwytu i niecierpliwości aż kupią wielkie pluszowe serce, wybiorą się na kolację do restauracji, gdzie goście będą poupychani jak szproty, przyklejeni policzkami do ścian i okien. Temat jest gorący, trwają zagorzałe dyskusje między zwolennikami i przeciwnikami tego... hmm... święta? Tradycji? 

Bo niby dlaczego mamy świętować miłość jednego dnia? Powinniśmy celebrować ją przez cały czas, a nie tylko od święta. To jedna wielka komercja, zdziera się z naiwnych, podbijając marże o trzysta procent na wszystko co czerwone. To są dwa najczęściej rzucane argumenty ''przeciw''. A gdyby tak poluzować trochę majty, nie spinać się ani w jedną ani w drugą stronę? 

Moi drodzy... urodziny mamy raz w roku, mamę przez całe jej życie, tatę, dziadka, babcie też... Jak już się urodziliśmy, to już żyjemy. Powinniśmy celebrować nasze istnienie codziennie, nie tylko w rocznice swoich narodzin. Mamę kochamy całe życie, po co Dzień Matki? Kwiaty możemy jej dawać w każdy dowolny dzień. Po co Dzień Dziecka, Dziej Ojca, Dni Babci i Dziadka...? I cała, caluteńka reszta świąt, zwyczajów, dni? Tylko jakoś nikt o tym nie krzyczy, nikomu to nie przeszkadza, że poświęca się jeden dzień w roku na szczególne uczczenie tego, co dla ludzi ważne. Skąd w takim razie tyle negatywnych emocji przy tych biednych Walentynkach?

Oczywiście, że jeśli kogoś kochamy, to powinniśmy okazywać to przez cały czas. To jest chyba logiczne i nie widzę potrzeby tłumaczenia tego komukolwiek. Ale komu przeszkadza to, że ten jeden dzień w roku można sobie zaplanować jakoś szczególnie? Uczcić te szczególną więź, która łączy nas z drugim człowiekiem? Miłość wiele wnosi do naszego życia, wiele w nim zmienia, jest fundamentem do udanego i długotrwałego związku. Serio macie coś przeciwko przyznaniu jej tego jednego dnia w roku? To już każdego indywidualna sprawa jak spędzi ten dzień, ale samo bycie na nie "bo nie" jest trochę niezrozumiałe. 

Komercja. Nie próbuję nawet zaprzeczać, że aż mdli od wszechobecnych różowych piórek, serduszek, czerwonych laurek, lizaków i reklam romantycznych filmów. Ale tego przecież się nie przeskoczy, niezależnie jakie to święto. W Dzień Babci mamy w marketach zatrzęsienie dedykowanych kubków i tulipanów, telewizor drży od reklam syropu Doppelherz, w Święta Bożego Narodzenia wmawiają nam, ze najlepszym pod słońcem prezentem jest X-Box, na pudłach drukują czerwone kokardy i renifery, w tym samym czasie rzuca Ci się w oczy olbrzymi bilbord z portalem gdzie weźmiesz pożyczkę od ręki na wymarzone podarunki (już oczami wyobraźni widzisz jak dziecko rzewnie płacze bo nie dostało oculusa, tak nie można! Przecież raty możesz zacząć spłacać dopiero po dwóch miesiącach!). Natomiast bez Coca-Coli dnia nie przeżyjesz (już teraz magiczna butelka z kokardą, wow!). A o co tu w sumie chodziło? Zaraz... Aha, Jezus się urodził! Marketingowcy wywęszyli w tym interes i proszę! Jest popyt, jest sprzedaż. A producenci sami sobie tego nie kupują, ktoś to napędza, więc czyja to wina? 

Nie widzę przeciwwskazań na bycie przeciw komercji. Warto stanąć pod prąd, przedrzeć się przez grające maskotki i samodzielnie ruszyć głową. Myślę, że najważniejsze w tym wszystkim jest to, aby ten dzień sobie zaplanować wspólnie. Nie usprawiedliwiać się pracą czy sprzątaniem mieszkania. Sprawić, że choć kilka godzin będzie należało tylko do nas. I wcale nie musimy sobie kupować poduszek z napisem 'I love You', rezerwować stolika w restauracji, która i tak będzie pękać w szwach albo iść do kina na Graya... Warto natomiast sprawić, że tego dnia nie będą istnieć rachunki do popłacenia, raty za samochód, cieknący kran czy Domestos do kupienia. Warto skupić się na sobie wzajemnie, zwolnić, przypatrzeć się sobie nieco dokładniej, powywlekać z pamięci te pierwsze wstydliwe momenty, wręczyć sobie coś, co ma dla nas sentymentalne lub symboliczne znaczenie, przygotować razem kolację, wyłączyć telefony i zagrać w Twistera. Walentynki mogą być fajne, nie trzeba od razu nadymać policzków ze złości albo wręcz odwrotnie- dawać się omamiać komercyjnym przerostem formy nad treścią. 

Kiedyś moja przyjaciółka powiedziała o swoim byłym partnerze: "Wiesz, co z tego, że on na środku rynku przy gapiach wręczył mi wielki bukiet róż, jeśli w domu zrobił mi jazdę bo spojrzałam na mojego kolegę". Walentynki nie są od zagłuszenia codziennych grzechów i na nic się zda jeden dzień, kiedy przez resztę życia nie umiemy okazać sobie szacunku. Wielkie romantyczne zrywy przy publiczności nie zatuszują zepsutego charakteru. Temu to i ja jestem przeciwna. 
Walentynki to kolejny pretekst, by uczynić dzień szczególnym. Zwłaszcza w tych czasach, kiedy jesteśmy tak zabiegani- ten jeden dzień w środku miesiąca to swego rodzaju przypominajka. Mały alert, aby na moment zwolnić, złożyć hołd uczuciu, które jakby nie patrzeć czyni nasze życie bogatszym.

sierpnia 20, 2016

Jeszcze dobro nie zginęło...

Jeszcze dobro nie zginęło...



Z przerażeniem przyglądam się światu, ludziom… 
Tym ludziom, którzy mówią, że są dobrzy. Tym ludziom, którzy twierdzą, że są dobrzy. 

Są dwie ich kategorie: 
1. Ci, którzy mówią prawdę   
2. Ci, którzy wierzą, że mówią prawdę. Ale ich jedyna prawda na ten temat, to gówno prawda. 

Bez przerwy widzę jak jeden drugiemu wbija noże za plecami, zwraca się z wyższością, wykorzystuje, okłamuje i wyśmiewa. Jednocześnie publicznie udostępnia posty o chorych dzieciach, płacze nad tym, współczuje, wspomaga finansowo, ze łzami w oczach opowiada o tym, że choroby, że śmierć, że biedni ludzie. I zastanawiam się nad jednym… 
Czy ktoś musi umierać, żeby nas ruszyło? 

Codziennie przechodzimy obok wielu ludzi. Smutnych, wesołych, złych, bogatych, biednych. Kierujemy się stereotypami, oceniamy ludzi jako mądrych, głupich, fajnych, gburowatych… Nagle tolerancja i empatia stają się tylko obco brzmiącymi słowami. Oceniamy to co widzimy, nie wnikamy czy ktoś ma zły dzień, czy nie wydarzyło się coś co wywołuje taką postawę i to, że ktoś wyznaje takie a nie inne wartości. Łatwo nam oceniać skutki bez wnikania w przyczyny. Tworzymy miliony łatek i z chęcią dzielimy się tym z innymi, nie bacząc jaką możemy robić komuś krzywdę.

Chętnie wchodzimy na strony fundacji, a nie słuchamy własnej babci. Pocieszamy znajomych z wirtualnego świata, komentujemy artykuły o ludzkich nieszczęściach, a nie umiemy obdarować uśmiechem sąsiada. Wyładowujemy swoje złe dni na słabszych i mniej asertywnych, jednocześnie krytykując to samo u innych. Współczujemy znajomym, że ich partner źle traktuje, a nas samych nie stać na szacunek. Jak my śmiemy nazywać się dobrymi ludźmi?

Dlaczego dopiero, gdy nam kogoś na dobre zabraknie, potrafimy popatrzeć na niego z dobrocią i sentymentem? Żałować, że nie zrobiliśmy więcej, lepiej… Tak jest łatwiej. Zamiast przyjrzeć się ludziom, zauważamy dopiero ich brak. Dużo łatwiej jest rozpłakać się nad czymś, czego już nigdy nie będziemy mieli szansy zrobić, niżeli przychylniej spojrzeć na człowieka, który stoi teraz przed nami. Jesteśmy niemili, zdenerwowani i niewyrozumiali. Po co? 

Szukamy za daleko tych, którzy nas potrzebują.
 Jesteśmy cwani i tchórzliwi. Łatwiej jest nam mówić o kimś, kogo nigdy nie zobaczymy, nie dotkniemy. Trudniej o głęboki oddech, spojrzenie w oczy i wyciągnięcie dłoni. Nie staniemy się dobrymi ludźmi, jeśli nie zaczniemy od nas samych i od tego co dzieje się w obrębie kilku metrów. Wielkie rzeczy powstały z rzeczy małych. Bez wiary w ludzi i optymizmu nie powstałyby wielkie, dobroczynne akcje i warto je wspierać szczerymi intencjami. Nie zagłuszysz paskudnego charakteru głośnym wrzaskiem, że dałeś hajs na dzieci w Afryce zaraz po tym jak przegnałeś głodnego chłopca z własnego podwórka. Jak chcesz, to płać. Płać na Afrykę, domy dziecka, ratowanie zagrożonych gatunków czy tam na Rydzyka. Twoje pieniądze, Twoja sprawa a i gest godny pochwały. No może z małym wyjątkiem. Ale daj też chleb temu chłopcu, pomóż starszej pani wnieść zakupy na piętro, obdarz uśmiechem hostessę i weź od niej tą cholerną ulotkę. Dobro wraca. Takie prawdziwe, ciche, bezinteresowne dobro wraca.
Copyright © 2016 Pseudolejdi. , Blogger