Pokazywanie postów oznaczonych etykietą okazje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą okazje. Pokaż wszystkie posty

sierpnia 17, 2019

Prawie zepsułam swój Baby Shower!

Prawie zepsułam swój Baby Shower!


Siódmy miesiąc ciąży dobiegał końca, a mnie się marzył Baby Shower. Nie miałam za złe moim przyjaciółkom, że w eterze cisza, w końcu taka impreza to ciągle jeszcze słabo znany temat w Polsce. A to przecież świetna sprawa, spotkanie w gronie najbliższych kobiet, wspólne świętowanie z okazji zbliżającego się wielkiego dnia, w którym przywitamy nowego członka rodziny. Nie oszukujmy się, że w większości przypadków zorganizowanie takiego spotkania, gdzie pojawią się na raz wszystkie ważne dla nas osoby, wymaga nie lada organizacji i to z dużym wyprzedzeniem. Ta musi wziąć wolne, tamta musi przyjechać z daleka i zawsze komuś nie pasuje. Kiedy jest specjalna okazja, to jakoś tak mobilizacja większa i o wiele większe jest prawdopodobieństwo spotkania w pełnym składzie. 
Po porodzie różnie to wygląda, a i świeżo upieczona mama chce odpocząć, przejść w spokoju połóg, nauczyć się odgadywać potrzeby swojego dziecka. Nie w głowie wtedy imprezy, a już w ogóle w tak licznym gronie. Tłok to dla noworodka ostatnia rzecz, której potrzebuje. Zatem Baby Shower wydał mi się najlepszym rozwiązaniem- ja byłam jeszcze „na nogach”, czułam się dobrze i miałam czas.

Zaczęłam przebąkiwać o imprezie, stwierdziłam, że zamiast biadolić i się żalić, że nikt nic nie robi i o rety jakaż to jestem niepocieszona, sama wezmę sprawy w swoje ręce i przygotuję sobie Baby Shower. Kiedy pisałam z przyjaciółkami i pytały co u mnie, ja zgodnie z prawdą odpowiadałam, że właśnie szykuję listę gości i kompletuję dekoracje. Wszystkie reagowały z entuzjazmem i przyznawały mi rację, że to super pomysł. Jedna z nich nawet zaproponowała, że w weekend wpadnie na kawę i przegadamy sprawę, bo z chęcią mi pomoże. Była bardzo ciekawa co wybrałam i jak sobie wyobrażam wystrój. Rzuciłam się w wir przekopywania stert aukcji na allegro w poszukiwaniu dekoracji. Trochę popłynęłam, przyznam. Zrobiłam screena z mojego koszyka i wysłałam go do wyżej wspomnianej przyjaciółki. Kategorycznie zabroniła mi płacić, przecież obiecałam, że też będzie miała w tym udział i ona bardzo chce wybierać dekoracje ze mną! No dobrze, już dobrze, bez nerwów, wstrzymam się do jutra. Odezwała się też moja szwagierka, która akurat dysponowała czasem wolnym w sobotnie popołudnie i pytała czy może wpaść. Poinformowałam ją tylko, że weekend spędzam u mamy i oczywiście jest przemile widziana. 
W międzyczasie niespodziewanie przyjechała do rodzinnego domu moja siostra, która twierdząc, że się stęskniła, zaproponowała sobotni wypad na miasto. Tak wiecie, po babsku- na jakieś zakupy i duuuże lody. Ucieszyłam się ogromnie i nie dałam się prosić. Warunkiem był powrót przed godziną 15:00. I uwierzcie mi, że NADAL nie miałam nawet grama przeczucia, pomimo, że wstępnie godzina odwiedzin nie była ustalona, a mama oznajmiła, że musimy wrócić przed 15:00, bo przecież dziewczyny na kawę przyjadą… Chwila, momencik mamo! Jak to piętnasta? Przecież jeszcze się z nimi nie umawiałam na konkretną godzinę? Mama się koncertowo wykręciła twierdząc, że jej się pomyliło, bo o piętnastej to z kimś się umawiała na poniedzałek w sprawie naprawy pieca… No okej. Pomyliło jej się, zdarza się. Nie mniej, uznałam, że to spoko godzina na przyjęcie gości i tak też napisałam dziewczynom. 

Kiedy wysłałam do mojego chłopaka selfie z mamą i siostrą, żeby pokazać mu kto taki nas odwiedził, zapytał tylko czemu na zdjęciu nie ma naszego psa. PSA! Moja siostra przyjeżdża raz na ruski rok i TO go nie zdziwiło. Zdziwił go brak psa na zdjęciu! I TO TEŻ nie wzbudziło żadnych moich podejrzeń. Być może dlatego, że moja rodzina po prostu, zupełnie naturalnie popełnia gafy, mieszają nam się daty, godziny, mówimy głupoty i zwracamy uwagę na rzeczy oczywiste, a nieoczywistych nie dostrzegamy. Dużo łatwiej wtedy uśpić czujność. Wierzcie mi, chapeau bas za pokerowe miny i zimną krew wszystkich zamieszanych, bo nie byłam łatwym celem i często byłam o włos od zepsucia całej niespodzianki. 

Przyszła sobota, kiedy to miałam udać się z siostrą na ten cały szoping. Zjadłyśmy śniadanie, zrobiłyśmy mejkapy i ruszyłyśmy przed siebie. Wypad był naprawdę fantastyczny, spędziłyśmy razem dużo czasu na żartach, zwierzeniach i gadaniu o głupotach. Skubany agent 007, była ciągle w kontakcie z resztą ekipy, pisała z nimi non stop, a robiła to tak, że tego nawet przez chwile nie zauważyłam. A to jak była w przymierzalni, a to jak ja byłam w przymierzalni, kiedy poszłam do toalety albo prowadziłam samochód. Zaparkowałyśmy pod domem kilka minut po godzinie 15:00, nie było jeszcze żadnego samochodu, także z ulgą stwierdziłam, że zdążyłyśmy przed przyjazdem dziewczyn na kawę. 

Kiedy weszłyśmy do domu i otworzyłam drzwi od salonu zabrakło mi powietrza. Naprzeciwko mnie stało grono najbliższych mi kobiet krzyczących „NIESPODZIANKA!!!”. Pokój tonął w przesłodkich dekoracjach, założono mi kolorowy wianuszek, wszystko było tak kunsztownie i kreatywnie zorganizowane, że zabrakło mi słów. Rzadko wzruszam się do łez, ale wtedy im się udało doprowadzić mnie do płaczu. Uściskałam je wszystkie bardzo mocno, wciąż nie mogąc uwierzyć jak udało im się utrzymać to wszystko w tajemnicy, gdzie prawie bez przerwy, nieświadomie sabotowałam ich poczynania. Prócz wspaniałego spotkania i przepysznego jedzenia na stole, czekało na nas mnóstwo zabaw, które przygotowała prowodyrka całej tej imprezy, moja kochana przyjaciółka Anita oraz moja wspaniała mama. Otrzymałam również furę fantastycznych i bardzo potrzebnych prezentów, bo okazało się, że moja lista wyprawkowa została podstępnie przechwycona i wykorzystana. Wszystkie uczestniczki imprezy ustaliły między sobą która co kupuje, dzięki temu żaden prezent nie był bezużyteczny czy nietrafiony. Dopiero wtedy zrozumiałam dlaczego ciągle wszyscy powstrzymywali mnie od zakupów. Na okrągło słyszałam „nie spiesz się”, „po co tak szybko?”, „spokojnie, wybierzemy się na zakupy razem”, a potem było to odwlekane w nieskończoność. Wiecie jaka to katorga dla pierworódki? Istna tortura, nie kupuj, nie kupuj, nie kupuj… kiedy bardzo chcesz! :)  

Marzyło mi się Baby Shower, ale to co przygotowały dziewczyny w porozumieniu z moim ukochanym przerosło moje wszelkie oczekiwania. Poziom poczucia szczęścia rozwalił skalę. Kiedy pokazały mi swoje konwersacje na messengerze, zobaczyłam, że knuły już długo przed tym, zanim w ogóle zaczęłam o tym mówić. Każda zasługuje na osobiste wyróżnienie, za wkład, zaangażowanie i nie jedna za pokonanie setek kilometrów by mnie uszczęśliwić. To wspaniałe uczucie, wiedzieć, że ma się tak cudowne i życzliwe osoby obok siebie. Jedyna moja obawa, to fakt, że poprzeczka została zawieszona cholernie wysoko i kiedy przyjdzie mi szykować Baby Shower dla którejś z nich, będzie bardzo trudno temu dorównać. :) 

Jeśli jesteście ciekawe jak przebiegła impreza i jakie atrakcje przygotowano, chętnie przygotuję osobny wpis. Zdjęcia mam kiepskiej jakości, ale ciul z tym, wrzucę małą fotorelację. Myślę, że dla wielu z Was będzie świetną ściągą lub inspiracją do przygotowania podobnej uroczystości.

listopada 15, 2018

Moja kreatywność a proza życia

Moja kreatywność a proza życia



Opowiem Wam historyjkę o tym jak moja romantyczna kreatywność dostała w mordę od codziennej przyziemności. A było to tak:

Miał urodziny… Zaznaczę, bo to ważne- jego praca polega na ciągłych wyjazdach. Wyjazdy te nie są regularne i nie rządzą się żadną systematycznością. Są plusy i minusy takiego życia, ale temu może poświęcę inny, trochę poważniejszy wpis. Dziś o zdecydowanym plusie jego częstych nieobecności. Nie ma najmniejszego problemu, żeby przygotować dla niego coś w tajemnicy, a niespodzianki to ja moim bliskim kocham robić. A więc (miałabym po łapach od mojej polonistki. Nie zaczyna się zdania od „a więc…”. Sama jestem nauczycielką z wykształcenia, ale who cares?) wracając do tematu- miał urodziny. Tak się w czasie złożyło, że ku mej wielkiej radości akurat w ten dzień miał wrócić do domu. Opowiem Wam jak to wyglądało w mojej wyobraźni. 

Wspólnymi siłami, troszkę nieudolnie, troszkę w ciemno stworzyliśmy swoją pierwszą sypialnię, wszystko było zrobione we własnym zakresie, nawet sufit szlifowałam osobiście tymi ręcyma. Ostatnim elementem, który miał ocieplić wnętrze i nadać mu charakteru był obraz. P. należy do mężczyzn, którzy lubią stylowe dekoracje i przykłada wielką wagę do tego, by w naszym gniazdku było przytulnie, więc prócz gier, ekstremalnych przeżyć i dobrej whisky, prezenty typowo wnętrzarskie również sprawiają mu wielką radość. Postanowiłam, że na urodziny otrzyma właśnie tę oto wisienkę na naszym sypialnianym torcie- obraz. Nie byłabym sobą, gdybym po prostu mu go podała. Lubię podchody, liściki i ogólnie lubię wysilić swoją kreatywność dla osób, które kocham. On w to wchodzi, twierdzi, że to lubi, a ja wierzę mu na słowo i działam. 

Plan był taki:
On wchodzi do mieszkania, naprzeciwko niego stoi zapakowany w papier duży obraz. Ale nie może go rozpakować, musi zagrać w grę. Widzi karteczkę ze znakiem zapytania. Odkleja ją, pod spodem jest kolejna karteczka z napisem „Let’s play game” i narysowaną słynną maską z filmu „Piła”. Na odwrocie jest zagadka. Prosta, chodzi o zabawę, nie o wytężanie umysłu, bo tego mu dostatek przez ostatni tydzień w pracy. Najpierw musi znaleźć zapalniczkę, później urodzinowe świeczki, z tym musi odszukać ukryte urodzinowe babeczki z owocami, wetknąć świeczki, zapalić je, pomyśleć życzenie, zdmuchnąć i na koniec dopiero może odpakować prezent. W tej chwili mogę wyjść już z łazienki po długiej kąpieli, pachnąca, w ładnym wdzianku i zaserwować mu kolację. Happy End. Nikt nie zwymiotował na tęczowo? Świetnie.

Jak było?
Kupiłam piękny, srebrny papier do pakowania prezentów. Kiedy go rozwinęłam, okazało się, że wcale nie. Kupiłam dużo transparentnego celofanu zawiniętego w rulon. Czasu na pakowanie miałam niewiele, bo przecież po co zabierać się za to wcześniej…? Co za tym idzie, czasu na pójście do sklepu po ozdobny papier nie było W OGÓLE. Co zrobiłam? Spanikowałam rzecz jasna, co innego mogłam zrobić? Ruszyłam w popłochu w stronę szaf, w których potencjalnie mogłoby znajdować się coś, czym można opakować metrowy obraz. Znalazłam starą, niebieską tapetę, która została jeszcze po świętej pamięci babci. Zły pomysł. Została mi przysłowiowa brzytwa, której mogłam się schwytać. Zapakowałam obraz w folię aluminiową. Wyglądał jak specjalne zamówienie na wynos z chińskiej knajpy. Przynajmniej na milion procent rzuci mu się w oczy. Przedpokój maleńki, a obraz stoi vis a vis drzwi. Karteczki przygotowałam, wszystko pochowałam gdzie się należy, zbliżała się godzina powrotu mego lubego, czyli już czas na zamknięcie się w łazience. Wlazłam do wanny i już się miałam oddać rozkosznej kąpieli, gdy rozległ się dźwięk domofonu. To pewnie on, zachichotałam złowieszczo w duszy. Domofon dzwoni drugi raz. No ni chuja, nie otworzę, bo wszystko zepsuję. W końcu wszedł do klatki, dotarł pod drzwi i… dzwoni. Ale dzwoni bardzo! Dzwoni, dzwoni, dobija się, a ja siedzę, „nie słyszę”, no cholera kąpię się, jestem naga, nie otworzę! W końcu słyszę, że zamek chrobocze, wreszcie sam sobie otwiera. Słyszałam jak P. wtaczał się do mieszkania z walizką i milionem innych tobołków, rozmawiając przy tym nerwowo przez telefon. Nie przerywając nawet na moment rozmowy, wściekły pokierował swe kroki od razu do naszej sypialni, która spełniała też funkcję jego biura. Zasiadł za biurkiem, włączył komputer i wysunął półkę z klawiaturą robiąc przy tym paskudnie dużo hałasu. Rozmowa dotyczyła typowo jego pracy, tyle zdołałam zrozumieć. Znieruchomiałam w tej wannie. P. skończył rozmowę i zaczął coś pisać w komputerze. Również BARDZO pisać, aż iskry szły. Poczekałam jeszcze chwilę. Może wylezie z tej sypialni i zauważy stojącą w przedpokoju, nowoczesną instalację „Olbrzymie sajgonki na wynos”? Nic z tych rzeczy, zapuścił korzenie na tym fotelu. Osuszyłam się i wyszłam z łazienki. Natychmiast po przekroczeniu progu sypialnio-biura rzucił mi złowrogie spojrzenie i zapytał dlaczego mu nie otworzyłam, kiedy on miał pełne ręce i wisiał na telefonie. Kiedy zapytałam czy naprawdę nie zauważył co stoi w przedpokoju, czoło mu się wyprostowało i brwi wróciły do swojej naturalnej pozycji. Wyszedł, zerknął na pakunek i przeczytał karteczkę. Nie powiem- miałam gule w gardle, a moja wrodzona ekspresyjność gorączkowo szukała ujścia, ale bez jaj- nie będę się na niego wściekać, że nie poszło po mojemu. Wycofałam się znowu do łazienki i dałam mu czas na zabawę. W zasadzie nie zdążyłam nic konkretnego zrobić, bo już po chwili wlazł cały zadowolony do łazienki z otwartą paczką pikantnych nachos. I stoi, chrupie i dumny prezentuje, że MA:
- Dziękuję! – rzekł entuzjastycznie.
Nie wiem jaką miałam minę, ale czułam się, delikatnie mówiąc, trochę zbita z tropu. Przyglądałam mu się krótszą chwilę i zdołałam tylko zadać krótkie pytanie:
- A co ty teraz robisz?
- No.. znalazłem!
W rzeczy samej miał znaleźć w kuchni coś, czego do tej pory tam nie było, ale była to gigantyczna zapalniczka, a nie paczka przekąsek, która z zabawą nie miała nic wspólnego. A jeśli nie znalazł zapalniczki, nie znalazł też kolejnej karteczki. A to znaczy, że świeczek i babeczek także nie znalazł. Kurtyna.

I w zasadzie cóż Wam po tej historii, która być może tylko mi wydaje się zabawna? Ano nasunęły mi się pewne wnioski. 

Każdy kiedyś miał dla kogoś taki obraz w aluminiowej folii. Tym obrazem mogła być zaplanowana kolacja, zaręczyny, test ciążowy, telefon z dobrą nowiną i tak dalej... Wszystko mieliście zaplanowane, miało wyjść idealnie, jednak po drodze coś poszło nie tak… Nie tak sobie wyobrażaliście ciąg dalszy. Ktoś nie odebrał, powiedział „nie teraz”, zamilkł, zachorował, został dłużej w pracy, zasnął, nie było go w domu. Ja na przykład prawie zepsułam własny baby shower. Tak wygląda życie. Cokolwiek zaplanujemy dla kogoś, nigdy nie możemy przewidzieć co się stanie. Po drugiej stronie jest osoba. Inna osoba niż Wy, która nie wiedziała o Waszych planach… Której dzień minął zupełnie inaczej. W czasie kiedy Wy byliście pochłonięci realizacją swojego planu, druga strona być może właśnie zmagała się z jakimś problemem, stała przed trudnym wyborem, żyła sobie w totalnej nieświadomości. Jakkolwiek Wasz plan nie wypali, to niczyja wina i nie macie prawa wściekać się na NIKOGO. To się zdarza, życie to nie film i nikomu nie wciska się gotowego scenariusza. Pamiętajcie, że jeśli robicie coś dla kogoś, nie obwiniajcie go, że Wam wszystko zepsuł. Ja wiem, że to szepczące, wredne ego daje o sobie znać. Bo jak to tak- JA się tak staram i wszystko na nic? JA miałam wypaść w jego oczach tak wspaniale, a on teraz to burzy! JA poświęciłam swój czas! Powiem krótko- niczego nie oczekuj i jeśli naprawdę robisz coś dla kogoś, to rób to dla kogoś do końca. Nie dla siebie i dla połechtania swojego ego. Niespodzianki są wspaniałe, a jeszcze wspanialszy jest nieprzewidziany ciąg dalszy. A ciąg dalszy zawsze jest i życie zawsze wykreuje plan B. 

I wiecie co? Jak wszedł z tymi chrupkami do łazienki, był przepełniony wdzięcznością. Serio. Jakkolwiek głupio by to nie brzmiało- naprawdę myślał, że paczka nachosów to było to wspaniałe COŚ, co dla niego przygotowałam. Że to był maks mojej kreatywności. I z całej siły chciał mi pokazać, że się z tego bardzo cieszy. Być może pomyślał, ze to dziwaczne, ale postanowił okazać mi wdzięczność, że przygotowałam coś specjalnie dla niego. Gdyby nie ta pomyłka, w życiu nie zapamiętałabym jego reakcji z taką dokładnością. Dał mi tym do zrozumienia, że na jakikolwiek pomysł bym nie wpadła, on go doceni, bo wie, że się starałam. Dla niego.

Wyłapujcie te drobiazgi z nieporozumień i niespodziewanych zwrotów akcji, bo one dużo Wam powiedzą o drugim człowieku. :)

stycznia 28, 2017

Co na Walentynki?

Co na Walentynki?

Jest to wpis dla par, które już całkiem dobrze się znają i etap pierwszych randek mają za sobą.

Nie bez powodu zaczynam tak wcześnie ględzić o Walentynkach. Poprzedni wpis był po to, by zmienić nastawienie niektórych z Was. Żebyście mogli czerpać frajdę z tego dnia, nie boczyć się niepotrzebnie (a bo to na świecie mało ważniejszych problemów?) i podjąć decyzję, że jednak spędzicie ten czas kreatywnie, zaplanujecie coś specjalnego. Pomimo mojej wrodzonej kreatywności i zamiłowania do robienia ludziom niespodzianek, bywa, że posiłkuję się wujkiem Google w celu zaczerpnięcia inspiracji. I teraz oto ja nadchodzę z odsieczą, w jednym miejscu zbieram do kupy inspiracje z krańców Internetu i resztek moich szarych komórek. Przebijam się piąchami przez pluszowe miśki, serduszkowe konfetti i truskawki w śmietanie. W sumie czy jest coś gorszego od smaku truskawek z polskiego marketu w lutym??

 *

Nie ma piękniejszych prezentów niż te, w które włożyliśmy całe swoje serce. Nawet jeśli coś jest w stu procentach kupione, bez manualnego wkładu, a ma to ścisły związek z obdarowaną osobą, z jej marzeniami, albo czymś, co chcemy jej przekazać- to również jest kreatywność! Mam dla Was cztery propozycje. Podkreślam, że są to tylko inspiracje- wszelkie modyfikacje dozwolone. 

1. CO W TOBIE KOCHAM 


Obstawiam, że większość z Was widziała pomysł na „ileś tam powodów, dla których Cię kocham”. Najczęściej był to słoiczek z karteczkami zwiniętymi w rulonik, które obdarowany miał wyciągać po jednej każdego dnia (docelowo 365, ale to cholernie dużo „powodów”, gratuluję tym, którzy tyle znaleźli) . Pomysł dobry, ale przede wszystkim raziło mnie jedno- POWODY! Uwiera mnie to słowo. Jakoś nie leży mi w kontekście miłości.. „Kocham Cię, bo…?”. Nie, nie, nie. Dużo lepiej brzmi „ X zalet, które w Tobie kocham”.

Tytułowe X zmieniło mi się w liczbę 110. Przez miesiąc nosiłam ze sobą notes i każdego dnia spisywałam zalety mojego chłopaka, które sukcesywnie przychodziły mi do głowy. I pozwoliłam sobie na wszystko, nie ograniczałam się tylko do tych wielkich rzeczy. Bo kocham w nim nie tylko to, że jest prawdomówny, opiekuje się mną, okazuje mi uczucia. Kocham w nim też to, że robi najlepsze spaghetti, nie znaczy w domu terenu kulkami ze skarpet, daje idealne proporcje mleka i kawy, albo wychodzi z pokoju kiedy puszcza bąka (to akurat już nieaktualne…) . Nie musi być patetycznie, oficjalnie. Może być zabawnie i spontanicznie. Ale przede wszystkim musi być szczerze, oddawać prawdziwy charakter związku.

Kolejnym etapem było kupienie słodyczy, które najbardziej lubi – w moim przypadku wszelkiego rodzaju cukierków owocowych i gum rozpuszczalnych (sztuk 110, ma się rozumieć), a potem znalezienie odpowiedniego pudełka. Przyznam się bez bicia, że kupiłam pudło w serduszka(!). Na wieczku napisałam markerem „110 zalet, które w Tobie kocham”.

Ostatnia rzecz, najbardziej pracochłonna, to wydrukowanie listy zalet, wycięcie ich, poskładanie w harmonijki i przyklejanie taśmą do cukierków. I voila! Wypełniamy cukierkami kartonik i czekamy do Walentynek, aby obdarować ukochanego lub ukochaną.
P. bardzo się wzruszył. Większość cukierasów zjedliśmy razem jednego dnia.

 *

 2. UWIELBIAM SPĘDZAĆ Z TOBĄ CZAS

 


Postanowiłam podarować P. coś, co sugerowałoby chęć i potrzebę spędzania z nim czasu. Myślałam, myślałam i wymyśliłam gry planszowe i karciane. Prócz oglądania filmów w domu, wyjazdów do kina, wspólnych spacerów znalazła się kolejna rozrywka, której wspólnie możemy się oddać, poświęcać sobie czas dobrze się przy tym bawiąc. Najtrudniejszym etapem tego zadania było wybranie gier. Ale nie ma to jak niezastąpiony wujaszek Google- kupę czasu spędziłam na czytaniu recenzji, rankingów i opisów gier. Wybór padł następujący (klikając w nazwę gry, otworzą się Wam w nowym oknie jej zasady):
* Rummikub
* Rój
* Czarne historie
 
 "Kocham spędzać z Tobą czas i oto dołączam kolejne rzeczy do listy pomysłów na wspólne chwile. "Mały liścik, tak dla uzupełnienia.

Mnóstwo frajdy daje też Jenga, jeśli jeszcze nie macie, polecam!


*

3. ALBUM ZE ZDJĘCIAMI


Pomysł niby popularny, ale każdy ma przecież inne przeżycia, łączy ich inna historia i dla każdego taki zbiór wspólnych zdjęć będzie miał jedyną i niepowtarzalną wartość. W tych czasach, kiedy trzaskamy tysiące zdjęć, trzymamy je w setkach folderów, wybranie tych kilkudziesięciu do druku jest nie lada wyzwaniem i estyma dla takiego prezentu jeszcze bardziej wzrasta.

Jestem ogromną fanką albumów tradycyjnych, ze sztywnymi, gładkimi kartami, przekładanymi bibułą. I taki też wybrałam. Nie ograniczają nas kieszenie na zdjęcia, wielkość fotografii można wybrać samemu a nie dostosowywać się do konkretnych wymiarów. Na stronach można tworzyć całe historie, można dać się ponieść wyobraźni- na przykład do zdjęcia z pociągu dokleić bilet, dopisać anegdotkę, która towarzyszyła tej podróży. W takim albumie NIC nas nie ogranicza, to jest piękne!

Kiedy minęły ciężkie dwa tygodnie kompletowania zdjęć w ukryciu, zaczęłam rozglądać się za dodatkami, które uzupełnią każdą ze stron albumu. Warto szukać w sklepach sprzedających pierdołki do scrapbookingu. Wybór był ogromny- naklejki, ozdobne papiery do wycinania i wszystko czego potrzebujemy, by taki album powstał- taśmy, kleje, pisaki itd.
Kiedy już wszystko mamy, trzeba wykombinować miejsce, w którym weźmiemy się za tworzenie naszej księgi, aby partner tego nie zobaczył.

Nie ukrywam, że taki prezent jest bardzo czasochłonny i kosztowny. Niestety wycinanki i naklejki wcale nie są tanie, sam album i wywołanie zdjęć (polecam matowe) to już spory wydatek, ale pamiętajcie, że jest to pamiątka na całe życie.
Wybrałam album, który ma dużo stron i wypełniłam go tylko do połowy, bo w końcu nasza historia toczy się dalej.


 *

 4. PRZEZ ŻOŁĄDEK DO SERCA 

 

Jedzenie. Jedna z największych przyjemności w życiu! Chyba każdy ma coś co uwielbia, ale rzadko nadarza się okazja by to zjeść.  A może Twój partner lub partnerka czasami wzdycha do jakiejś potrawy lub babcinych wypieków z dzieciństwa? Zrób to! Wyszperaj przepis w Internecie, koniecznie czytaj komentarze ludzi, którzy go wypróbowali. Poproś kogoś o pomoc, jeśli nie czujesz się na siłach by wykonać to w stu procentach samodzielnie.  Ostatecznie wytęż umysł i zastanów się gdzie możesz to nabyć lub coś, co łudząco to przypomina. 

P. ma jedną taką słabość- blok czekoladowy z herbatnikami. Jedna, wielka (przepyszna!!!) tykająca bomba kaloryczna. Dlatego zostawiam ją właśnie na okazje specjalne. Po przygotowaniu masy czekoladowej, układając ją w naczyniu (polecam tortownicę), można uformować na środku wgłębienie i wsypać do środka m&msy, Skittlesy, Jelly Beans czy inne ulubione łakocie, zalać rozpuszczoną czekoladą i wstawić do lodówki. Kiedy blok stężeje i będzie gotowy do jedzenia, po przekrojeniu czeka nas dodatkowa niespodzianka w postaci wysypujących się cukierków.

Mam nadzieję, że podsunęłam Wam kilka ciekawych pomysłów i natchnęłam Was do działania!

stycznia 23, 2017

PseudoWalentynki

PseudoWalentynki



Im bliżej Walentynek, tym robi się goręcej. Bynajmniej nie przez to, ze wszyscy pieją z zachwytu i niecierpliwości aż kupią wielkie pluszowe serce, wybiorą się na kolację do restauracji, gdzie goście będą poupychani jak szproty, przyklejeni policzkami do ścian i okien. Temat jest gorący, trwają zagorzałe dyskusje między zwolennikami i przeciwnikami tego... hmm... święta? Tradycji? 

Bo niby dlaczego mamy świętować miłość jednego dnia? Powinniśmy celebrować ją przez cały czas, a nie tylko od święta. To jedna wielka komercja, zdziera się z naiwnych, podbijając marże o trzysta procent na wszystko co czerwone. To są dwa najczęściej rzucane argumenty ''przeciw''. A gdyby tak poluzować trochę majty, nie spinać się ani w jedną ani w drugą stronę? 

Moi drodzy... urodziny mamy raz w roku, mamę przez całe jej życie, tatę, dziadka, babcie też... Jak już się urodziliśmy, to już żyjemy. Powinniśmy celebrować nasze istnienie codziennie, nie tylko w rocznice swoich narodzin. Mamę kochamy całe życie, po co Dzień Matki? Kwiaty możemy jej dawać w każdy dowolny dzień. Po co Dzień Dziecka, Dziej Ojca, Dni Babci i Dziadka...? I cała, caluteńka reszta świąt, zwyczajów, dni? Tylko jakoś nikt o tym nie krzyczy, nikomu to nie przeszkadza, że poświęca się jeden dzień w roku na szczególne uczczenie tego, co dla ludzi ważne. Skąd w takim razie tyle negatywnych emocji przy tych biednych Walentynkach?

Oczywiście, że jeśli kogoś kochamy, to powinniśmy okazywać to przez cały czas. To jest chyba logiczne i nie widzę potrzeby tłumaczenia tego komukolwiek. Ale komu przeszkadza to, że ten jeden dzień w roku można sobie zaplanować jakoś szczególnie? Uczcić te szczególną więź, która łączy nas z drugim człowiekiem? Miłość wiele wnosi do naszego życia, wiele w nim zmienia, jest fundamentem do udanego i długotrwałego związku. Serio macie coś przeciwko przyznaniu jej tego jednego dnia w roku? To już każdego indywidualna sprawa jak spędzi ten dzień, ale samo bycie na nie "bo nie" jest trochę niezrozumiałe. 

Komercja. Nie próbuję nawet zaprzeczać, że aż mdli od wszechobecnych różowych piórek, serduszek, czerwonych laurek, lizaków i reklam romantycznych filmów. Ale tego przecież się nie przeskoczy, niezależnie jakie to święto. W Dzień Babci mamy w marketach zatrzęsienie dedykowanych kubków i tulipanów, telewizor drży od reklam syropu Doppelherz, w Święta Bożego Narodzenia wmawiają nam, ze najlepszym pod słońcem prezentem jest X-Box, na pudłach drukują czerwone kokardy i renifery, w tym samym czasie rzuca Ci się w oczy olbrzymi bilbord z portalem gdzie weźmiesz pożyczkę od ręki na wymarzone podarunki (już oczami wyobraźni widzisz jak dziecko rzewnie płacze bo nie dostało oculusa, tak nie można! Przecież raty możesz zacząć spłacać dopiero po dwóch miesiącach!). Natomiast bez Coca-Coli dnia nie przeżyjesz (już teraz magiczna butelka z kokardą, wow!). A o co tu w sumie chodziło? Zaraz... Aha, Jezus się urodził! Marketingowcy wywęszyli w tym interes i proszę! Jest popyt, jest sprzedaż. A producenci sami sobie tego nie kupują, ktoś to napędza, więc czyja to wina? 

Nie widzę przeciwwskazań na bycie przeciw komercji. Warto stanąć pod prąd, przedrzeć się przez grające maskotki i samodzielnie ruszyć głową. Myślę, że najważniejsze w tym wszystkim jest to, aby ten dzień sobie zaplanować wspólnie. Nie usprawiedliwiać się pracą czy sprzątaniem mieszkania. Sprawić, że choć kilka godzin będzie należało tylko do nas. I wcale nie musimy sobie kupować poduszek z napisem 'I love You', rezerwować stolika w restauracji, która i tak będzie pękać w szwach albo iść do kina na Graya... Warto natomiast sprawić, że tego dnia nie będą istnieć rachunki do popłacenia, raty za samochód, cieknący kran czy Domestos do kupienia. Warto skupić się na sobie wzajemnie, zwolnić, przypatrzeć się sobie nieco dokładniej, powywlekać z pamięci te pierwsze wstydliwe momenty, wręczyć sobie coś, co ma dla nas sentymentalne lub symboliczne znaczenie, przygotować razem kolację, wyłączyć telefony i zagrać w Twistera. Walentynki mogą być fajne, nie trzeba od razu nadymać policzków ze złości albo wręcz odwrotnie- dawać się omamiać komercyjnym przerostem formy nad treścią. 

Kiedyś moja przyjaciółka powiedziała o swoim byłym partnerze: "Wiesz, co z tego, że on na środku rynku przy gapiach wręczył mi wielki bukiet róż, jeśli w domu zrobił mi jazdę bo spojrzałam na mojego kolegę". Walentynki nie są od zagłuszenia codziennych grzechów i na nic się zda jeden dzień, kiedy przez resztę życia nie umiemy okazać sobie szacunku. Wielkie romantyczne zrywy przy publiczności nie zatuszują zepsutego charakteru. Temu to i ja jestem przeciwna. 
Walentynki to kolejny pretekst, by uczynić dzień szczególnym. Zwłaszcza w tych czasach, kiedy jesteśmy tak zabiegani- ten jeden dzień w środku miesiąca to swego rodzaju przypominajka. Mały alert, aby na moment zwolnić, złożyć hołd uczuciu, które jakby nie patrzeć czyni nasze życie bogatszym.

grudnia 13, 2015

Święta pseudoidealne

Święta pseudoidealne


Zaglądasz przez okno, na którym mróz delikatnie rysuje fantazyjne wzory. Świat wygląda jak w szklanej kuli, lekko przyprószony białym puszkiem, rozświetlony tęczą barwnych świateł, a płatki śniegu lekko spadają jakby w rytm słuchanej właśnie pastorałki. W powietrzu czuć wirujące zapachy mandarynek i pierników, niekiedy dołącza do ich sielskiej zabawy aromat goździków i cynamonu. Zmarznięta po zimowym spacerze bierzesz jeszcze łyk gorącej czekolady i sięgasz po kolejną z bombek, by powiesić ją na dumnie stojącym drzewku. Ach święta… 

...z reklamy.

Tak właśnie chcemy, prawda? Rok w rok. Oglądamy setki katalogów, marzy nam się stół rodem z Ikei, koniecznie ten porcelanowy renifer na komodzie, puchaty dywan pod stopami i dizajnerski kubek z „Merry Christmas”. Uśmiechamy się na widok sympatycznej reklamy Jacobs i nucimy pod nosem "co raz bliżej święta" widząc już dobrze nam znaną ciężarówkę. 

TYMCZASEM

Zaraz- kto będzie na tej wigilii… nieszczęsna ciotka Irena, wujek Bronek, babcia Józia, dziadek Mirek, dziadek Alfred, babcia Krysia, ciocia Jasia, Marcel, Edyta… Jezus Maria, więcej ich matka nie miała?! Prezenty dać wszystkim trzeba, a na loterii nie wygrałam. Byle co też nie może być, bo zaraz gadać będą...
Ja pewnie jak zawsze jakieś skarpety z froty dostanę. Kreatywne, doprawdy...
No nic, wpadnę do drogerii, tam są jakieś gotowe zestawy. Mirek i Józia z głowy. Tamtym się kupi jakieś lepsze słodycze i finito. 
Do cukierni wpadnę, ciasto ze sobą zabiorę, nie będę przecież przy garach non stop stać… 
Nie wytrzymam! Czego wybrzydzasz głupia babo? Jak nie wiesz co chcesz to innym daj kupić, nosz cholera jasna! CZY NIKT NIE POTRAFI PIEC W TYCH CZASACH???

Ja pierdole, jak jeździsz baranie? Ni to wyprzedzić, ni jechać za tym dziadem, szybciej kurwa, paszteciki same się nie zrobią! Taki to ma czas, no ja pierdole… Już widzę to spojrzenie ciotki Ireny, kiedy po raz kolejny wparujemy na ostatnią minutę. Niby się uśmiechnie, a temat naszego spóźnialstwa będzie wałkowany cały rok. Stara wyjadaczka, nie wie co to znaczy pracować w wigilię.

Drrryyń. Halo? Halo, cześć! Spóźnię się, jadę za jakimś flegmatykiem, a przed nim jedzie odśnieżarka, ja zwariuję! Jak wyprzedzać nie potrafi, to niech kierownicy nie dotyka! Dobra, słuchaj, posprzątałeś? NO JAK TO GDZIE? W oborze kurwa! Oczywiście, że w domu. Nie denerwuj mnie jeszcze Ty! Podłogi są umyte? Odkurzyłeś dywan, umyłeś okna, pozmywałeś, umyłeś kibel, wyszorowałeś klatkę dla chomika???!!!?!?!?! Nie? To rusz się, nie jestem niczyją służącą. Co? Tak, mam. Kupiłam choinkę w galerii, już ustrojoną, nie mamy czasu na takie pierdoły. Prezenty też mam, nie wiem jeszcze co dla kogo, bez różnicy zresztą.

Postaw tą choinkę w dużym pokoju, ja się zabieram za te głupie pasztety, Boże za jakie grzechy? Zrobić się nie zdążę, a na pewno bez świeżego makijażu nigdzie nie wyjdę! Jeeezzzu, sukienka! Wyprasowana? Nie bo po co! Dawaj żelazko! Wyłącz to sajlent najt bo oszaleję!

Powiesiłeś girlandę? To dobrze. A widziałeś jak mają Kowalscy? Niech jeszcze sobie stroboskop na kominie podłączą.

Ładnie wyglądam? Dzięki. Ciekawe co założy Edyta. 

Wychodzimy! WYCHODZIMY TERAZ!! Matko, miałeś tyle czasu, a zamiast zrobić coś pożytecznego, to mandarynki żresz. Co będzie stało na stole w pierwsze święto jak wszystko zjesz teraz? Ale koszulę pogniotłeś. Dobra, chodźmy już. Czekaj, zapomniałam pasztecików. Jesteśmy spóźnieni, mówię ci, Irena nas zeżre wzrokiem. 
Rany Boskie, nie jedź tak szybko, zobacz jaka szadź, zabijesz nas. 

Dosyć mam tych świąt. Dosyć, wiesz? <PUK PUK PUK > Te sztuczne uśmiechy, popraw krawat, to wypytywanie o moje zarobki, o pracę, włosy ci sterczą z prawej, o planowanie dzieci, o… - OOO, witajcie!

Dobry wieczór! 
Dobry wieczór, 
dobry- cmok, cmok- wieczór. 
Hej, pięknie wyglądasz. 
Dziękuję, ale przy Tobie i tak wypadam blado, hihi. 
Witaj ciociu Irenko, jakie… śliczne klipsy. 
Proszę, paszteciki i ciasto. 
– Nie trzeba było. Och och. 
hi hi hi, ha ha ha. 
 *

Ponaciągałam tu i tam, przymrużyłam oko gdzieniegdzie, ale zatrzymaj się na chwilę i pomyśl czy w którymś momencie nie odnajdziesz siebie.

Ludzie dążą do pięknego obrazka uśmiechniętej rodziny w pięknym, świątecznym otoczeniu. Lampki mają wisieć tak, a nie inaczej, najlepiej zrobić mały remont, żeby meble wpasowały się w świąteczny klimat. W kominku mają strzelać iskierki, ma w powietrzu pachnieć korzennymi przyprawami, każdy ma być piękny jak z reklamy. Byle tylko zdążyć. Tylko z czym, pytam się. 
Z założeniem maski? Z oszukaniem samego siebie czystym domem, ładną choinką i cyklicznym odtwarzaniem „Let it snow”? Do zrobienia tyle rzeczy, a czasu tak mało… Przyziemne rzeczy nas denerwują. Chcemy tę wspaniałą atmosferę. Tu i teraz. Wszystko co nie pasuje do naszych oczekiwań budzi złość. Na przykład brudna chlapa zamiast widoku rodem z Narni.

Wizja zdjęć ze świątecznego wydania „Moje mieszkanie” i atmosfery z reklamy Coca-coli pochłonęła ludzkość na tyle, by przestała pamiętać o co tak naprawdę chodzi. Głośno mówi się o czasie pojednania, zażegnaniu sporów, miłości do Boga, do siebie wzajemnie. O czasie spędzonym wspólnie. Zamiast wczuć się w ten klimat, biegniemy zanim pojawi się pierwsza gwiazda. Nie patrzymy pod nogi, tylko daleko za horyzont bo tam gdzieś tli się wizja przytulnego, drewnianego domku, lecimy poustawiać ozdoby, zapalić świeczki, zamawiamy catering, bo nie ma przecież czasu na dwanaście dań. 
Ale dziwnym trafem to nas nie uspokaja. Nie zagłusza tych kurew rzucanych pod nosem w stronę ludzi wchodzących nam w paradę podczas biegu do „świąt idealnych”. Super zestaw w super cenie wrzucony do przypadkowej tutki nie sprawia nam radości. Łamiemy się opłatkiem, ale mamy gdzieś życzenia. Klepiemy co roku „zdrowia, szczęścia, pomyślności”. A nazajutrz obsmarowujemy im dupsko. Ciągle kogoś oceniamy. Nie tolerujemy czyichś wad. Nie doceniamy zalet. Nie szanujemy ludzi takimi, jacy są. Ale sobie nie mamy nic do zarzucenia. Cały rok wbijamy sobie szpile, ale na ten jeden dzień przyklejamy czuły uśmiech. Drzesz się jak nawiedzona przez cały dzień, a potem jesteś uśmiechniętą panią z okładki katalogu, wtulającą się w jego klatkę piersiową. Dla kogo ten cyrk?

Sianko pod obrusem, puste miejsce przy stole, choinka… Czym to się teraz stało? Automatycznym odruchem bez głębszego znaczenia. Na widok swetra zamiast Xboxa pod choinką reagujemy rozczarowaniem. Bo to przecież punkt kulminacyjny wieczoru, a tu taki peszek…

Szanowna ciociu Irenko, Szanowna Pani, Szanowny Panie… Uśmiechnijcie się. Do pani w kolejce, do pana w samochodzie, do sprzedawcy choinek. Nie komentujcie zabuczałej miny, podzielcie się tylko uśmiechem, życzcie miłego dnia. I zobaczcie co się stanie.

Nie zdążysz zrobić sałatki, pomalować paznokci, zrobić prania? Pomyśl co się stanie jeśli tego nie zrobisz, a potem wyluzuj. Przytul się, powiedz, że kochasz. Usiądź i pomyśl o bliskich. Podaruj im część Waszej wspólnej historii. Jak masz czas, upiecz pierniczki. Jak nie masz, to tego nie rób. Pobrudź się przy gotowaniu, słuchaj pastorałek, a jak nie chcesz, to włącz Macarenę. Jeśli ludzie są nieżyczliwi, to nie jest Twój problem. Uśmiechnij się do nich. Przypomnij im, że też są dobrymi ludźmi. Bądź szczęśliwy TERAZ.


Życzę Wam NAPRAWDĘ WESOŁYCH Świąt! To się może udać. ;)
Copyright © 2016 Pseudolejdi. , Blogger