grudnia 11, 2018

Czego się boję jako przyszła matka?

Czego się boję jako przyszła matka?


Obrzygane pieluszki, brak snu, wieczny płacz, dodatkowe kilogramy, obżarte sutki, ból związany z porodem… 
Czy tego się boję? Nie. To są rzeczy, które można po prostu przetrwać, wytrzymać, zacisnąć zęby i przeczekać najgorszy okres, w międzyczasie robiąc to co do mnie należy. Nawet ten ból związany z porodem i połogiem wobec innych obaw jakoś tak zbladł. 

Kiedy zaszłam w ciążę, myślałam sobie jak to będzie i pierwsza paraliżująca mnie myśl, to był właśnie poród. Że ja przecież nie dam rady, że nie wytrzymam, że umrę. Przeglądałam oferty prywatnych klinik w Polsce, gdzie na zamówienie można machnąć sobie cesarkę w spokojnych, rodzinnych warunkach i po problemie. Wlepiałam w nie swoje gały jak niedawno wlepiałam w oferty biur podróży obiecujące niezapomniane wakacje na moich wymarzonych Malediwach. Czyli zbyt piękne żeby było prawdziwe, masakrycznie drogie i niedoścignione. Miałam jeszcze nadzieję, że z jakichś powodów będę miała wskazanie na tę operację, ale nic z tego. To był początek. W trakcie trwania ciąży miałam czas na czytanie, zbieranie informacji i szukanie odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. I owszem, dowiedziałam się sporo. Przede wszystkim, że z cesarskim cięciem to wcale nie jest tak różowo. Dowiedziałam się jak opatulać dziecko, jak postępować przy kolkach, które kosmetyki są konieczne, a które zbędne, jak czytać ich składy i czego unikać, dlaczego naturalne karmienie jest tak ważne i cała masa innych rzeczy ważnych przy opiece nad noworodkiem. Naprawdę dobrze to wiedzieć, ale z biegiem czasu docierało do mnie, że to jest chwila by to opanować. Kilka czynności, których nauczę się na pamięć i potem będę mogła je robić z zamkniętymi oczami. Parę rzeczy, których muszę się nauczyć, żeby nie zrobić krzywdy tej małej, bezbronnej istocie. I już. Kiedy jestem w miarę przygotowana na to, co mnie czeka jako świeżo upieczoną mamę, nagle uderzyły mnie zupełnie inne myśli i wątpliwości. Odkąd czuję wyraźne ruchy pod skórą, z problemów jak ja wykąpię tego małego bąbla, żeby mu nic nie połamać, zaczęłam mieć problem z tym, czy ja sobie poradzę z wychowaniem go na dobrego człowieka. 

Za chwilę mój świat wywróci się do góry nogami, będę pielęgnować i dbać o to dziecko najlepiej jak potrafię, ale czy ktoś mi odpowie na pytanie czy będę w stanie być dobrą matką? Nie taką, która podręcznikowo przewinie i nasmaruje tą bladą dupkę, ale taką, która nigdy nie da odczuć dziecku, że jest niepotrzebne? 
Kiedy przyjdzie do mnie pochwalić się dziełem swojego życia na formacie A4, rysowanym całe dziesięć minut czerwoną kredką, czy pochłonięta problemami dorosłych nie powiem „nie teraz”? 
Czy będę pamiętać, żeby podziwiać i poznawać z nim świat zamiast pospieszać w drodze na zakupy albo do przedszkola? 
Czy będę znała odpowiedzi na jego pytania? 
Czy będę cierpliwie znosić sto pytań do? 
Czy uda mi się stworzyć w nim poczucie, że może na mnie polegać? 
Czy znajdę w sobie tyle siły, zaufania i dojrzałości, żeby dać mu przestrzeń? 
Czy nie zaślepi mnie chęć kontroli nad jego życiem, jego wyborami? 
Czy będę umiała reagować, kiedy przyniesie uwagę w dzienniczku i pałę ze sprawdzianu? 
Czy uda mi się nauczyć go pewności siebie, asertywności i bezinteresowności na tyle, że gdy trafi do dużej grupy rówieśników, pozostanie sobą i nie wsiąknie w bezwartościowe towarzystwo? A jeśli wsiąknie i będą z tego kłopoty, czy będę umiała podjąć dobrą decyzję co dalej? 
Czy będę na tyle silna, żeby traktować go poważnie i sprawiedliwie, a nie bezkrytycznie? 
Czy zauważę jego zajawki i znajdę sposób, by rozwijał swój talent? 

Nagle dotarło do mnie, że jest tyle istotnych rzeczy, do których ten cholerny ból porodowy stał się problemem najmniej ważnym. Chciałabym sprowadzić na świat zdrowego, wartościowego i szczęśliwego człowieka. I przeraża mnie myśl, że tak wiele zależy ode mnie.

listopada 15, 2018

Moja kreatywność a proza życia

Moja kreatywność a proza życia



Opowiem Wam historyjkę o tym jak moja romantyczna kreatywność dostała w mordę od codziennej przyziemności. A było to tak:

Miał urodziny… Zaznaczę, bo to ważne- jego praca polega na ciągłych wyjazdach. Wyjazdy te nie są regularne i nie rządzą się żadną systematycznością. Są plusy i minusy takiego życia, ale temu może poświęcę inny, trochę poważniejszy wpis. Dziś o zdecydowanym plusie jego częstych nieobecności. Nie ma najmniejszego problemu, żeby przygotować dla niego coś w tajemnicy, a niespodzianki to ja moim bliskim kocham robić. A więc (miałabym po łapach od mojej polonistki. Nie zaczyna się zdania od „a więc…”. Sama jestem nauczycielką z wykształcenia, ale who cares?) wracając do tematu- miał urodziny. Tak się w czasie złożyło, że ku mej wielkiej radości akurat w ten dzień miał wrócić do domu. Opowiem Wam jak to wyglądało w mojej wyobraźni. 

Wspólnymi siłami, troszkę nieudolnie, troszkę w ciemno stworzyliśmy swoją pierwszą sypialnię, wszystko było zrobione we własnym zakresie, nawet sufit szlifowałam osobiście tymi ręcyma. Ostatnim elementem, który miał ocieplić wnętrze i nadać mu charakteru był obraz. P. należy do mężczyzn, którzy lubią stylowe dekoracje i przykłada wielką wagę do tego, by w naszym gniazdku było przytulnie, więc prócz gier, ekstremalnych przeżyć i dobrej whisky, prezenty typowo wnętrzarskie również sprawiają mu wielką radość. Postanowiłam, że na urodziny otrzyma właśnie tę oto wisienkę na naszym sypialnianym torcie- obraz. Nie byłabym sobą, gdybym po prostu mu go podała. Lubię podchody, liściki i ogólnie lubię wysilić swoją kreatywność dla osób, które kocham. On w to wchodzi, twierdzi, że to lubi, a ja wierzę mu na słowo i działam. 

Plan był taki:
On wchodzi do mieszkania, naprzeciwko niego stoi zapakowany w papier duży obraz. Ale nie może go rozpakować, musi zagrać w grę. Widzi karteczkę ze znakiem zapytania. Odkleja ją, pod spodem jest kolejna karteczka z napisem „Let’s play game” i narysowaną słynną maską z filmu „Piła”. Na odwrocie jest zagadka. Prosta, chodzi o zabawę, nie o wytężanie umysłu, bo tego mu dostatek przez ostatni tydzień w pracy. Najpierw musi znaleźć zapalniczkę, później urodzinowe świeczki, z tym musi odszukać ukryte urodzinowe babeczki z owocami, wetknąć świeczki, zapalić je, pomyśleć życzenie, zdmuchnąć i na koniec dopiero może odpakować prezent. W tej chwili mogę wyjść już z łazienki po długiej kąpieli, pachnąca, w ładnym wdzianku i zaserwować mu kolację. Happy End. Nikt nie zwymiotował na tęczowo? Świetnie.

Jak było?
Kupiłam piękny, srebrny papier do pakowania prezentów. Kiedy go rozwinęłam, okazało się, że wcale nie. Kupiłam dużo transparentnego celofanu zawiniętego w rulon. Czasu na pakowanie miałam niewiele, bo przecież po co zabierać się za to wcześniej…? Co za tym idzie, czasu na pójście do sklepu po ozdobny papier nie było W OGÓLE. Co zrobiłam? Spanikowałam rzecz jasna, co innego mogłam zrobić? Ruszyłam w popłochu w stronę szaf, w których potencjalnie mogłoby znajdować się coś, czym można opakować metrowy obraz. Znalazłam starą, niebieską tapetę, która została jeszcze po świętej pamięci babci. Zły pomysł. Została mi przysłowiowa brzytwa, której mogłam się schwytać. Zapakowałam obraz w folię aluminiową. Wyglądał jak specjalne zamówienie na wynos z chińskiej knajpy. Przynajmniej na milion procent rzuci mu się w oczy. Przedpokój maleńki, a obraz stoi vis a vis drzwi. Karteczki przygotowałam, wszystko pochowałam gdzie się należy, zbliżała się godzina powrotu mego lubego, czyli już czas na zamknięcie się w łazience. Wlazłam do wanny i już się miałam oddać rozkosznej kąpieli, gdy rozległ się dźwięk domofonu. To pewnie on, zachichotałam złowieszczo w duszy. Domofon dzwoni drugi raz. No ni chuja, nie otworzę, bo wszystko zepsuję. W końcu wszedł do klatki, dotarł pod drzwi i… dzwoni. Ale dzwoni bardzo! Dzwoni, dzwoni, dobija się, a ja siedzę, „nie słyszę”, no cholera kąpię się, jestem naga, nie otworzę! W końcu słyszę, że zamek chrobocze, wreszcie sam sobie otwiera. Słyszałam jak P. wtaczał się do mieszkania z walizką i milionem innych tobołków, rozmawiając przy tym nerwowo przez telefon. Nie przerywając nawet na moment rozmowy, wściekły pokierował swe kroki od razu do naszej sypialni, która spełniała też funkcję jego biura. Zasiadł za biurkiem, włączył komputer i wysunął półkę z klawiaturą robiąc przy tym paskudnie dużo hałasu. Rozmowa dotyczyła typowo jego pracy, tyle zdołałam zrozumieć. Znieruchomiałam w tej wannie. P. skończył rozmowę i zaczął coś pisać w komputerze. Również BARDZO pisać, aż iskry szły. Poczekałam jeszcze chwilę. Może wylezie z tej sypialni i zauważy stojącą w przedpokoju, nowoczesną instalację „Olbrzymie sajgonki na wynos”? Nic z tych rzeczy, zapuścił korzenie na tym fotelu. Osuszyłam się i wyszłam z łazienki. Natychmiast po przekroczeniu progu sypialnio-biura rzucił mi złowrogie spojrzenie i zapytał dlaczego mu nie otworzyłam, kiedy on miał pełne ręce i wisiał na telefonie. Kiedy zapytałam czy naprawdę nie zauważył co stoi w przedpokoju, czoło mu się wyprostowało i brwi wróciły do swojej naturalnej pozycji. Wyszedł, zerknął na pakunek i przeczytał karteczkę. Nie powiem- miałam gule w gardle, a moja wrodzona ekspresyjność gorączkowo szukała ujścia, ale bez jaj- nie będę się na niego wściekać, że nie poszło po mojemu. Wycofałam się znowu do łazienki i dałam mu czas na zabawę. W zasadzie nie zdążyłam nic konkretnego zrobić, bo już po chwili wlazł cały zadowolony do łazienki z otwartą paczką pikantnych nachos. I stoi, chrupie i dumny prezentuje, że MA:
- Dziękuję! – rzekł entuzjastycznie.
Nie wiem jaką miałam minę, ale czułam się, delikatnie mówiąc, trochę zbita z tropu. Przyglądałam mu się krótszą chwilę i zdołałam tylko zadać krótkie pytanie:
- A co ty teraz robisz?
- No.. znalazłem!
W rzeczy samej miał znaleźć w kuchni coś, czego do tej pory tam nie było, ale była to gigantyczna zapalniczka, a nie paczka przekąsek, która z zabawą nie miała nic wspólnego. A jeśli nie znalazł zapalniczki, nie znalazł też kolejnej karteczki. A to znaczy, że świeczek i babeczek także nie znalazł. Kurtyna.

I w zasadzie cóż Wam po tej historii, która być może tylko mi wydaje się zabawna? Ano nasunęły mi się pewne wnioski. 

Każdy kiedyś miał dla kogoś taki obraz w aluminiowej folii. Tym obrazem mogła być zaplanowana kolacja, zaręczyny, test ciążowy, telefon z dobrą nowiną i tak dalej... Wszystko mieliście zaplanowane, miało wyjść idealnie, jednak po drodze coś poszło nie tak… Nie tak sobie wyobrażaliście ciąg dalszy. Ktoś nie odebrał, powiedział „nie teraz”, zamilkł, zachorował, został dłużej w pracy, zasnął, nie było go w domu. Ja na przykład prawie zepsułam własny baby shower. Tak wygląda życie. Cokolwiek zaplanujemy dla kogoś, nigdy nie możemy przewidzieć co się stanie. Po drugiej stronie jest osoba. Inna osoba niż Wy, która nie wiedziała o Waszych planach… Której dzień minął zupełnie inaczej. W czasie kiedy Wy byliście pochłonięci realizacją swojego planu, druga strona być może właśnie zmagała się z jakimś problemem, stała przed trudnym wyborem, żyła sobie w totalnej nieświadomości. Jakkolwiek Wasz plan nie wypali, to niczyja wina i nie macie prawa wściekać się na NIKOGO. To się zdarza, życie to nie film i nikomu nie wciska się gotowego scenariusza. Pamiętajcie, że jeśli robicie coś dla kogoś, nie obwiniajcie go, że Wam wszystko zepsuł. Ja wiem, że to szepczące, wredne ego daje o sobie znać. Bo jak to tak- JA się tak staram i wszystko na nic? JA miałam wypaść w jego oczach tak wspaniale, a on teraz to burzy! JA poświęciłam swój czas! Powiem krótko- niczego nie oczekuj i jeśli naprawdę robisz coś dla kogoś, to rób to dla kogoś do końca. Nie dla siebie i dla połechtania swojego ego. Niespodzianki są wspaniałe, a jeszcze wspanialszy jest nieprzewidziany ciąg dalszy. A ciąg dalszy zawsze jest i życie zawsze wykreuje plan B. 

I wiecie co? Jak wszedł z tymi chrupkami do łazienki, był przepełniony wdzięcznością. Serio. Jakkolwiek głupio by to nie brzmiało- naprawdę myślał, że paczka nachosów to było to wspaniałe COŚ, co dla niego przygotowałam. Że to był maks mojej kreatywności. I z całej siły chciał mi pokazać, że się z tego bardzo cieszy. Być może pomyślał, ze to dziwaczne, ale postanowił okazać mi wdzięczność, że przygotowałam coś specjalnie dla niego. Gdyby nie ta pomyłka, w życiu nie zapamiętałabym jego reakcji z taką dokładnością. Dał mi tym do zrozumienia, że na jakikolwiek pomysł bym nie wpadła, on go doceni, bo wie, że się starałam. Dla niego.

Wyłapujcie te drobiazgi z nieporozumień i niespodziewanych zwrotów akcji, bo one dużo Wam powiedzą o drugim człowieku. :)

sierpnia 10, 2018

ogarnij się przyszły tato

ogarnij się przyszły tato


Była kolacja? A może czułe powitanie przed śniadaniem? Wino, szampan albo po prostu wyszło spontanicznie? Pewne jest, że bawiliście się całkiem nieźle. Poszło albo bardzo łatwo, może niespodziewanie, albo zostało to okupione wielomiesięcznym stresem, liczeniem dni płodnych, kursami do lekarza. Ale już jest pewne- Twoja partnerka jest w ciąży! Doszło? Ochłonąłeś? Cieszysz się? Spłodziłeś potomka. Nic tylko gratulować i poklepać Cię po jaj... plecach.

Tylko posłuchaj, teraz tak zupełnie serio. Bądź z nią w tej ciąży, bardzo Cię proszę!

Uważasz, że Twoja rola skończyła się tam, gdzie Tobie opadł penis i po wszystkim poszedłeś pod prysznic? No to się kuźwa grubo pomyliłeś. Ciąża to dla kobiety piękny czas ale ktoś kto z ironicznym uśmiechem mówi, że ciąża to nie choroba, otwiera mi nóż w kieszeni. Owszem, to nie choroba, ale mnóstwo poświęcenia i wyrzeczeń, a przede wszystkim BÓL. To tak dziwny stan, w którym, kiedy nie boli, to zaczynasz się niepokoić. Kobietę bolą piersi, żołądek, głowa, wymiotuje, kręgosłup dostaje popalić, towarzyszą jej ciągłe bóle brzucha… I mogę wymieniać tak bez końca. Już Cię widzę jak dzielnie znosisz katar i zabójczą gorączkę 37,5. I pomyśl, że ją coś boli przez całe dziewięć miesięcy. Ciąża sama w sobie nie jest chorobą, ale powoduje miliony różnych dolegliwości i w momencie, kiedy Ty pełen werwy i imprezowego nastawienia możesz iść z chłopakami na browara, całkiem możliwe, że ona znowu zawiśnie nad muszlą klozetową albo jedyne o czym zamarzy to pójść spać. Myślisz, że skoro i tak idzie się położyć, to wszystko jedno czy będziesz obok niej czy nie? Nie, to nie jest wszystko jedno. 
Zrozum, że ona nie ma wyboru. Bierze na barki cały ten rollercoaster hormonalny i długą listę nakazów, zakazów i ciążowych obowiązków. Nie namawiam Cię, żebyś teraz w ogóle zrezygnował z życia towarzyskiego i siedział z nią w każdej wolnej sekundzie życia, ale daj jej odczuć, że z nią jesteś. Że to rozumiesz. Kobiety są silne. Ona nie będzie Cię prosić o herbatę, tableteczki i usługiwanie. Ale bardzo pragnie, żebyś się nią zajął. Naprawdę. W jej ciele tworzy się nowe życie. Ono nie tworzy się z niczego. Wszystko czego potrzebuje bierze z organizmu Twojej kobiety. Weź ogarnij- to były komórki niewidoczne gołym okiem, które z dnia na dzień zaczęły się dzielić i tworzyć odrębny organizm. Z czegoś co można było zobaczyć tylko pod mikroskopem powstanie kilkukilogramowe, żywe dziecko! Stworzone z niej… i z Ciebie. Wystarczy odrobina wyobraźni ile energii to wymaga, ile rzeczy się zmienia w ciele, żeby mogło stworzyć nowego człowieka. Odbiera siły, wysysa z energii a z hormonami robi jedną wielką rozpierduchę. Zanim znowu wściekniesz się, że ona się wścieka, weź ją po prostu przytul. Ona zajmuje się tym maleństwem najlepiej jak potrafi. 
Pewnie nawet nie wiesz ile bierze witamin i suplementów i jak się nazywają te tabletki. Chodzi do lekarza i regularnie pobiera krew, rezygnuje z wielu produktów i nawyków. Czyta miliony publikacji na temat zdrowia i opieki. Kiedy będziesz miał ochotę zadrwić z jej zachcianek, najpierw puknij się w ten głupi łeb i zrozum, że korona Ci z głowy nie spadnie kiedy przejdziesz się do żabki po czekoladę. Mamy XXI wiek, wszystko jest pod ręką a Ty masz problem, żeby ruszyć dupę i w zasadzie takim „niczym specjalnym” pokazać, że jej potrzeby są dla Ciebie ważne. 
A kiedy następnym razem stwierdzisz, że nie chce Ci się czekać z nią w poczekalni, pomyśl, że jej też się nie chce tam czekać. Też wolałaby wejść i wyjść. Ale ona akurat musi tam być. Ona nie ma wyboru. To ona to dziecko nosi, więc musi czekać, żeby lekarz mógł je zobaczyć i zbadać. Ty sobie możesz iść do domu, pograć w coś na konsoli, napić się chłodnego piwka bo przecież upał Cię tak męczy. Możesz ją tam zostawić. Poradzi sobie, to Ci gwarantuję. Ale możesz też usiąść z nią. Potrzymać ją za rękę i kupić butelkę wody. Możesz jej dać do zrozumienia, że Ty też na to dziecko czekasz i troszczysz się o nie. Możesz też poklepać ją po ramieniu, że super, że jest w ciąży, pochwalić się kolegom i spierdalać do swoich spraw uznając, że słowa wszystko załatwiły. Możesz. Bo wiesz co? BO TY MASZ WYBÓR. Masz wybór czy będziesz odpowiedzialnym partnerem i tatą, czy będziesz cholernym egoistą.

lipca 22, 2018

młodość, głupota i tanie szpilki

młodość, głupota i tanie szpilki



Czasy studiów. Lato. Czerwiec w pełni, naładowana witaminą D3 spływającą ze słonecznymi promieniami postanowiłam przedłużyć sobie radosny stan ducha przynajmniej o kilka dni, więc niewiele myśląc, spontanicznie ruszyłam ku przygodzie. Do obuwniczego. I tam były one. Te jedyne, przepiękne, okrutnie wysokie szpilki. I co ważne w tej historii- na moją studencką kieszeń. To był wzruszający moment. Wyciągały do mnie swoje śliczne, niewidzialne łapki i nazwały mnie swoją mamusią. Rozmiar 38. To nie mógł być przypadek. Przytuliłam je czule, zapłaciłam z pokorą i ruszyłyśmy razem w świat. Lat miałam dwadzieścia i wówczas nowa para szpilek na platformie była jak najlepszy przyjaciel. Potrafiła momentalnie poprawić mi nastrój, była zjawiskiem przeze mnie pożądanym i pięknym, którego zawsze odczuwałam niedosyt. Teraz priorytety się trochę pozmieniały. Największą radością jest zdjęty stanik po przekroczeniu progu domu, chodzenie na boso i święty spokój. Dobra no. I flaszka Carlo Rossi. Dobra, dwie. Ale dziś nie o tym. 

Zakochana w nowych bucikach postanowiłam udać się w nich na najbliższą imprezę. Ale- pff- głupia nie jestem, muszę je najpierw rozchodzić! Postanowiłam więc, że zabiorę je na uczelnię. To miało być sprytne. Dużo się w szkole siedzi, mało chodzi, idealna okazja na małe rozciąganko. No geniusz. Jak pomyślała, tak zrobiła (mamo, gdzie wtedy byłaś?). W śliczną pogodę ubrałam śliczne buciki na ślicznie bose stópki. Buty nie były ze skóry ani z niczego nawet minimalnie skóropodobnego. Lakierowane tworzywo, sztuczne tak, że bardziej się nie da ale nie dramatyzujmy, były przepiękne i za pisiont złoty. Czy wzięłam buty na zmianę? Nie, nie wzięłam. Co najlepsze, podjęłam tę jakże mądrą decyzję świadomie i celowo. Mały pęcherz jeszcze nikogo nie zabił, a kusić przynajmniej nie będzie. Och, jakże byłam nieświadoma swego rychłego końca.

Już po kilku godzinach miałam wrażenie, że spod ziemi przybył po mnie sam Belzebub, który przyniósł w prezencie wiadro lawy i nie pytając o zgodę wylał mi ją na stopy. Taki sympatyczny rytuał powitalny. Powiedział, że jak zdejmę buty to pójdę do piekła. A bynajmniej nie pójdę do centrum handlowego. Tego to nie mogłabym sobie darować, bo to był ostatni gwizdek, żeby kupić kieckę na własne urodziny. Tak trochę kiepsko narzucić imprezę tematyczną i przyjść w ciuchach nie na temat. Trip po sukienkę odbyć się musiał, ja byłam twarda. Sorry Belzi, wpadnę kiedy indziej. 
Nie wiem o czym były zajęcia. Może dlatego, że od tamtej pory minęło siedem lat, a może dlatego, że jedyny mój plan na życie w tamtej chwili, to pierdolnięcie tych butów do czarnego worka, wykopanie głębokiego dołu i zakopanie ich tam. Wiedziałam, że jak je teraz zdejmę, to ich już nie założę. Uczucie ulgi będzie nie do przemożenia, a teraz jak już cierpię to cierpię. Wizja prowadzenia samochodu przez 50 kilometrów na boso napawała mnie euforią i nadzieją na lepsze życie. 

Kiedy w centrum handlowym znalazłam sukienkę to się wzruszyłam. Autentycznie wzruszyłam się na myśl, że oto cały trud skończony. Pasowała, mało kosztowała. Koniec męki, Alleluja! Po zdjęciu butów w samochodzie poczułam jakbym przeniosła się do innego wymiaru. A potem teleportowałam się do filmu Bollywood. Ludzie zaczęli się cieszyć, śpiewać, tańczyć. Każdy mnie pozdrawiał, zapanowało szczęście, kolory i pokój na świecie. Mam wrażenie, że uczucie po zdjęciu tych krwiożerczych szpilek do złudzenia przypominało kosmiczny trip po heroinie (się czytało "Pamiętnik narkomanki"). Krew, odparzenia i pęcherze przestały mieć znaczenie. Byłam wolna! 

Radość moja jednak za chwilę ostygła. Zapomniałam bowiem, że mam do odwiedzenia jeszcze jedno miejsce, gdzie w rzeczy samej na boso iść nie wypada, a w tamtym momencie ŻADEN typ obuwia nie był odpowiedni dla moich stóp. Żodyn. Kiedy dotarłam do przedostatniego celu mej katorżniczej podróży, wzięłam głęboki oddech i oddałam butom wrogie spojrzenie. Dacie radę? – pomyślałam, zerkając ze współczuciem na stopy. Gdyby mogły mówić, pewnie wyzwały by mnie od piedrolonych sadystek. Zrobiłam im to. Zacisnęłam zęby i siłą wdusiłam te biedne, opuchnięte nogi w bezlitosne buciska.

Kurrrwaaaa! Dałabym sobie głowę uciąć, że moje stopy zaczęły skwierczeć. Jak przypalająca się okrasa na pierogi. Nie wiem czy lufa przy skroni byłaby w stanie zmotywować mnie do przybrania postawy, którą natura obdarzyła gatunek homo sapiens. Przysięgam, że bardzo się starałam, ale ku wielkiemu zainteresowaniu przechodniów, krocząc przed siebie miałam w sobie tyle wdzięku co Tyranozaur i początkujący transwestyta.

Ja wiem, że są gorsze problemy. Na świecie panuje głód, bieda, ktoś pod sklepem przechlewa 500+, ktoś zmarnował dwie godziny życia na oglądanie filmu „Smoleńsk”. Ale jeśli szukasz odpowiedzi na pytanie, czy jest to dobry pomysł, by wychodzić gdzieś w nowych, nie za drogich szpilkach, w dodatku założonych na bose stopy w ciepłe lato i nie brać nic awaryjnego, to odpowiadam: 
nie kurwa, nie jest!

lipca 04, 2018

Co tu się porobiło?

Co tu się porobiło?
Podniosłam się na szpitalnym łóżku kiedy gromadka lekarzy wtargnęła do sali podczas obchodu. Jeden z nich podniósł moją kartę 
- Co my tu mamy? - Zerknął na mnie znad okularów pochylając głowę - Agnieszka, lat 19. Co tu się porobiło? 
Ano się porobiło. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że mam na mózgu gruczolaka. W ogóle nie rozumiałam co się dzieje, nie miałam okresu, choć wcześniej pojawiał się co miesiąc przynajmniej przez pięć lat. I nagle się zatrzymał. Faceci w białych kitlach, żeby mi zobrazować sytuację powiedzieli, że moja macica jest skurczona i wygląda jak u staruszki po menopauzie. Świetna wiadomość dla dziewiętnastolatki! Cudowna po prostu. Bujałam się tak od lekarza do lekarza, aż w końcu po trzech albo czterech latach trafiłam na człowieka, który wreszcie miał jakieś pojęcie i na pierwszej wizycie, po wysłuchaniu objawów powiedział co mi jest. Oczywiście były to jego przypuszczenia, ale rezonans je potwierdził i można było w końcu rozpocząć leczenie. Polegało na normowaniu poziomu hormonów i próbach zmniejszenia gruczolaka farmakologicznie. Nie zmieniało to faktu, że czas mijał a ja byłam bezpłodna i czułam się co raz gorzej. 

- Proszę brać te leki w nocy, przed spaniem, żeby przespać skutki uboczne. – cyk, pieczątka. Do zobaczenia wkrótce na kontroli. 
Tabletka, łyk wody, dobranoc. 
Umieram kurwa! – przedarło mi się przez myśl, kiedy trzęsłam się rano nad muszlą klozetową. Nudności, zimne poty, zawroty głowy. Ulgę przynosiła mi pozycja klęcząca, mocno skulona, tak, abym jakąś odsłoniętą częścią ciała dotykała zimnych kafelek. Widocznie nie zdążyłam przespać wszystkich skutków ubocznych. Zdarzało się to. Często sypiałam za krótko bo dorabiałam nocami. Bywało, że spóźniałam się do pracy, bo miałam ataki duszności. Rozbierałam się wtedy, żeby położyć się na zimnej podłodze w łazience i to przeczekać. Kiedy brałam tabletki wieczorem, wiedziałam, że mam jeszcze maksymalnie godzinę na to, żeby coś zrobić, obejrzeć coś albo pogadać z partnerem. Później biegusiem spać i to jak najdłużej. 

Był jakiś tam progres, lekarz zauważał poprawę ale patrząc na wyniki zwiększał dawkę. Sukinsyn w moje głowie zawzięty widać i ani mu się śniło ustępować. Czas mijał i mijał. Moja macica wreszcie się zorientowała ile ma lat. Zaczął się pojawiać okres. W dwudziestym szóstym roku życia, wow. Dawka leku w pewnym momencie mnie przerosła i zaczęłam błagać lekarza o zmianę, bo nie mogłam normalnie funkcjonować. Wiązało się to niestety z dużo wyższymi kosztami, bo leki nowej generacji na tę przypadłość nie są refundowane. Na imprezę wbiła jeszcze niedoczynność tarczycy, żeby było weselej. Przecież atrakcji nigdy za wiele, a nudy nikt nie lubi, co nie?

Dałam za wygraną. Bolało...

Raz przy oglądaniu odcinka Master Chef Junior zaczęłam wyć. Dobra no, może byłam  lekko wcięta. Ale wiecie... Rodzice tych dzieci mówili jacy są dumni, przybijali sobie z nimi piątki, ściskali się. I wtedy mnie ścisnęło w gardle. Pomyślałam o moim partnerze. O tym, że moja choroba może mu odebrać możliwość bycia tatą, a co jak co, ojcem to on byłby najlepszym na świecie. I wyłam rzewnie nad tefałenowskim szoł prawie tak jak za każdym razem ryczę na „Pamiętniku”. 

Musiałam sobie wszystko poukładać, zapchałam sobie planami cały rok. W pierwszej kolejności postanowiliśmy polecieć do Włoch. Spontanicznie zabukowaliśmy pierwszy najtańszy bilet do Mediolanu jaki udało nam się znaleźć. Droga powrotna była zagadką. Kolejnym punktem do odhaczenia był Woodstock, całe trzy dni. I na koniec wyjazd na kilka albo kilkanaście miesięcy za granicę w poszukiwaniu lepszych perspektyw na rozwój zawodowy. W zasadzie wszystko było postanowione. 


No i co Wam oczy będę mydlić, wiecie już przecież, że nastąpił nagły zwrot akcji, który po pięciu bezowocnych latach był dla nas jak Ice Bucket Challenge. Kiedy pojawiła się druga blada kreska, ja zamiast skakać pod sufit, wzięłam test do ręki i z zakłopotaną miną poszłam z nim do mojego chłopaka. Położyłam go na stole i zadałam najbardziej idiotyczne pytanie ever: 
- Ej… tam są dwie kreski? 
P. wziął test do ręki i przyglądał się mu w ciszy krótką chwilę. Nagle szybkim ruchem odłożył i potwierdził regułę „głupie pytanie-głupia odpowiedź”: 
- NIE WIEM! 

Nie do końca tak sobie wyobrażałam powiadomienie partnera o ciąży. Ostatnia próba była wyliczona na grudzień. Dostałam zastrzyk, trzymałam się ściśle zaleceń lekarza. Kupiłam testy i piękną kopertę, do której miałam włożyć pozytywny test i zdjęcie USG. Miałam ją wręczyć P. pod choinkę, a później wkleić do wspólnego albumu. Wszystko miałam zaplanowane od deski do deski. To się miało udać. Miało był och, ach, ryku- ryku, tulu- tulu. No i dupa. Natura jak zawsze powiedziała „taki chuj”. 
I co powiedziała natura jak dowiedziała się o moich planach na nadchodzący rok? To samo. Taki chuj, nigdzie nie polecisz, nigdzie nie wyjedziesz, a masz ciążę! Tak sobie myślę, że trzeba było od początku tak z nią pogrywać, może szybciej by się zdecydowała. Życie więc postarało się o to, żeby wieść o ciąży była jedyna w swoim rodzaju. I to jest piękne, wcale nie jest mi przykro, że P. nie obracał mną jak Patrick Swayze swojej wybranki w  Dirty Dancing. Byliśmy tacy skołowani, zagubieni i trudno nam było uwierzyć w to co się właśnie stało. 

A więc jestem w ciąży! 
Robiąc test byłam w czwartym tygodniu, potwierdziły to badania krwi i wizyta u lekarza. Nagle niedowierzanie i rosnąca radość zamieniły się w strach i obawy. Po głowie zaczęło krążyć milion myśli. Przecież jestem chora, przecież nie skończyłam jeszcze leczenia. Człowiek tak bardzo chce się cieszyć taką nowiną, ale racjonalność i świadomość swego stanu bardzo hamuje. Nie chcesz zapeszać, w milczeniu trzymasz kciuki, żeby wszystko rozwijało się dobrze, żeby organizm był wystarczająco silny na to, by utrzymać zdrową ciążę. Dziś już biorę pierwszy głębszy oddech, jestem po badaniu prenatalnym, trwa trzynasty tydzień zdrowej ciąży. Cholera… To się dzieje! Tam jest życie! 

Agnieszka, lat 27. Co tu się porobiło? Ano się porobiło. Będę mamą!

czerwca 26, 2018

Nie ufam mu bo mnie życie nauczyło

Nie ufam mu bo mnie życie nauczyło



Weronika:
Zaczęło się od tego, że ojciec ciągle ściemniał. Ale tak ciągle, że nie masz pojęcia jak bardzo nieskończone „ciągle” mam na myśli. Mówił mamie, że jest jeszcze w pracy, a nie był. Mówił, że wróci i nie wracał. I że nie będzie pił, a pił. Że nie dostał wypłaty, kiedy po prostu ją gdzieś przepuścił. Że zapłacił, a potem przychodziły upomnienia i pisma windykacyjne. Ale nie tylko mamie tak kłamał. Nigdy nie czuł się za nic winny, zawsze wina była po stronie złego świata a on był dobry i zawsze chciał dobrze. Kłamał po prostu. Wszystkim. Mnie też. Miałam wziąć udział w Mini Playback Show. Pamiętasz ten program? Przysięgał mi, że tam pojedziemy. Od Przedszkola do Opola. Tam też ze mną jechał. Jedzie do dziś. Jak był pijany, a zdarzało mu się często, przychodził do mojego pokoju i obiecywał. Obiecywał dużo pięknych rzeczy. Takich, że za każdym razem czułam, że mam wielkie szczęście i wszystkie koleżanki będą mi zazdrościć.  Nie raz gębę sobie nim wycierałam w szkole, pyskując nauczycielowi, że tata przyjdzie i z nimi sobie porozmawia. Bo tata po pijanemu bardzo lubił grać bohatera. Obiecywał mi, że jak panu nauczycielowi coś nie pasuje, to on przyjdzie do szkoły i zrobi porządek. Nie przypominam sobie, żebym choć raz w życiu dostała od niego coś, co obiecał. Żeby pamiętał o tym, że ma gdzieś przyjść- choćby na głupi Dzień Taty w szkole. O moich urodzinach przypominała mu mama. O obietnicach zapominał, a pytany o to czemu nie przyjechał, oczywiście odpowiadał, że przecież musiał ratować świat. Akurat rynek w Tokio miał się ku upadkowi, asteroida leciała w stronę Ziemi, więc ocalił ludzkość od zagłady, był o krok od przełomowego odkrycia. Jednym słowem zawsze było coś tak cholernie ważnego, co uniemożliwiło mu przyjazd w umówione miejsce w umówionym czasie. Nigdy nie usłyszałam „zapomniałem” albo „po prostu miałem to w dupie”. Bo przecież on nigdy nie zapominał. Przecież nigdy nie miał nic w dupie. I tak się wychowałam. Jedyny męski autorytet w moim życiu ciągle kłamał, jego wytłumaczenia nijak się miały do rzeczywistości. Był typem człowieka, któremu po prostu wszystko zwisało. Który rozmawiając z tobą nieba by ci uchylił, ale jak tylko zniknęłaś za rogiem, zapominał o czym była mowa. I sama zobacz. Teraz kiedy mój facet powie, że mnie kocha, ja myślę „i co z tego?”. Ojciec też mówił, że kocha. Mamie tak mówił, mi tak mówił. Co z tego, powiedz mi. To są tylko słowa. A jak spóźnia się pół godziny, odchodzę od zmysłów. A kiedy wyjaśnia co się stało, ja szukam podstępu i jakiejś nieścisłości w jego historii. To jakiś obłęd, odbiera mi to radość życia.

Klaudia:
Byłam w związku prawie pięć lat. Rozpoczął się kiedy miałam lat szesnaście, on był ode mnie siedem lat starszy. Mezalians intelektualny był nie do opisania, ale wzięło mnie na amen. Dużo starszy równało się dla mnie dojrzały. Teraz, gdyby mój serdeczny przyjaciel, lat 24, powiedział mi, że wyrwał szesnastkę to bym go zdrowo pierdolnęła w tył głowy. I tak kilka razy. Do skutku, aż by mu się ten pomysł raz na zawsze zdematerializował. No ale mojemu byłemu nikt tego nie zrobił, a mnie, jak wspomniałam, wzięło i bez dyskusji. Nikt by się pewnie nie spodziewał po nastolatce takiej stabilności uczuciowej, a tu proszę. Wiernie trwałam u jego boku bez żadnych, nawet niewinnych flircików na boku. Pomimo, że on święty nie był a i jego stosunek do mnie pozostawiał sobie wiele do życzenia. Wierzyłam w magiczną moc miłości i szczerości, powtarzając jak mantrę, że jeśli ja nie kłamię i nie daję powodów do kłamstwa, druga strona się odwdzięczy tym samym. Że niby karma. I może by tak było, gdyby on był taki, jakiego sobie wyobrażałam. Ja doskonale sobie zdawałam sprawę z tej różnicy wieku i z tego jak to wygląda na tym etapie. Ledwo wyszłam z gimbazjum. Bałam się spotkania z jego rodziną, bałam się tego jak mnie przyjmą, a potrafię doskonale wychwycić każdy, najbardziej niewinny ironiczny tekst i gest. Świadomość posiadania tego zmysłu potęgowała strach. Powtarzałam sobie, że on musi być bardzo dojrzały skoro decyduje się na związek z tak młodą dziewczyną. Że musi dostrzegać moją dojrzałość i zdawać sobie sprawę z tego jaką łatkę sobie przypina. Że musi mu naprawdę zależeć, skoro bierze to na klatę. Przysięgam, że takie właśnie myśli mnie nachodziły. Nie pomyślałam tylko o jednym -  że on W OGÓLE o tym nie myślał. W jego głowie nigdy nie odbywały się takie i tym podobne analizy. Czas mijał, ja z biegającej za nim dziewczynki zmieniałam się powoli w kobietę, która zaczynała o wiele rzeczy walczyć. Przestawało mu być do śmiechu. Walczyłam o tak naprawdę zwykłe rzeczy, jak realizowanie się w kółku teatralnym czy wyjazdy na noc do przyjaciółek. Koleżanki chodziły na randki z rówieśnikami, dawały się podrywać na imprezach a ja unikałam adoratorów jak ognia, każdego po kolei spławiałam. Z czasem zaczynałam dostrzegać to, że on stoi w miejscu, nie ma zamiaru się rozwijać i żyje z dnia na dzień, tym co mu dzień przyniesie. Hajsik może wpadnie, może nie, tu piwko, tam papieroski, ważne, że dziś wystarczy na paczkę. Ekspedientki w lokalnych sklepach zaczepiały mnie pytając kiedy spłaci długi. Wiesz, browarki na zeszyt. Cholernie dziwne uczucie. Trwałam w środku tej dziwnej sytuacji, w międzyczasie poszłam do pierwszej pracy, podjęłam studia. Żarty i tematy do rozmów w stosunku do niego już dawno zredukowałam. Ale ta głupia myśl, że go wybrałam i, że przecież w sumie jest dobry kazała mi przy nim trwać. Że to takie forever musi być. Że damy radę. On przysięgał, że chce się dla mnie zmienić, że skończy średnią szkołę, poukłada sobie życie, znajdzie stałą pracę. Bardzo chciałam go w tym wspierać, nawet mu cholerne plany rysowałam. Tak, plany. Rysowałam mu mapki długopisem na kartkach a4, żeby zwizualizować cele. Wszystko jebło jak u mnie zamieszkał i puzzle mu się zaczynały rozsypywać. Trudniej coś ukrywać, kiedy spędza się ze sobą dużo więcej czasu. A niestety, detektywem jestem bardzo dobrym. Wcześniej nie chciałam nim być. Obdarzyłam go ogromnym zaufaniem i swobodą. Pierwsze przechwycenie telefonu było dla mnie paskudnym przeżyciem, ale intuicja pokierowała mną bezbłędnie. Co z tego w zasadzie, skoro wybaczałam? Wszystko po kolei. Zdrady, mówienie o mnie bez szacunku za moimi plecami, picie alkoholu. Nie umiałam zrozumieć kłamstwa prosto w oczy komuś, kogo się kocha. Dlatego wierzyłam w każde tłumaczenie, jakkolwiek absurdalnie by nie brzmiało. Było i tak bardziej dla mnie logiczne niż kłamstwo, ku któremu przecież nie dawałam mu powodów. Coś we mnie wreszcie pękło, kiedy poplątał się w tym wszystkim totalnie. Był przebiegły bardziej niż myślałam, ukartował całą sytuację, żebym dała mu spokój i przestała go dręczyć o to, że chcę zobaczyć jego głupie szkolne zeszyty. Bo od roku uparcie twierdził, że chodzi zaocznie do szkoły, co było gówno prawdą. Dasz wiarę, że nawet opowiadał mi dialogi z nauczycielką i wymieniał swoich kolegów z klasy po nazwisku? Zaangażował do tego ludzi, istne przedstawienie. Ale zapomniał pozacierać wszystkie ślady. Wtedy już go z domu wyrzuciłam na dobre. Groził mi śmiercią, prześladował mnie, musiałam się ukrywać, ale się nie ugięłam. 

W kolejny związek o dziwo wplątałam się dosyć szybko. Zachłysnęłam się, zauroczył mnie inteligencją i podobnym poczuciem humoru. Wreszcie ktoś mnie rozumiał, nie musiałam dokańczać ani – o zgrozo – tłumaczyć żartów. Rozmawialiśmy długo, często… Próbowałam mu delikatnie wyjaśnić, że zostałam dosyć mocno skrzywdzona i nie zniosę tego, jeśli traktuje naszą znajomość jak przygodę. Dałam mu szansę wycofać się w porę. Ale on bardzo żywiołowo i negatywnie reagował na jakiekolwiek wzmianki o byłym. Uznałam, że rozumie, uspokoiłam się i nie wracałam do tematu. Przymknęłam oko na tą agresywną reakcję. Tłumaczyłam sobie, że nie mogę oceniać wszystkich przez pryzmat tamtego związku i teraz jest inaczej. Owszem było. Dopóki nie poszłam z nim do łóżka. Nie wyobrażasz sobie ile facet jest w stanie powiedzieć i obiecać tylko po to, żeby zaliczyć kobietę… Informacje o nim zaczęły do mnie napływać z wielu stron ale niestety trochę za późno, bo już byłam na liście odhaczonych. 

Wtedy wzięłam się za siebie jak nigdy. Schudłam bardzo, zaczęłam farbować włosy na ostry, wyrazisty, rudy kolor, zwracałam na siebie uwagę mężczyzn i dla tych, którzy próbowali mnie poderwać byłam zwyczajnie niemiła. Arogancka, prześmiewcza. Nie wiem czemu. Wcale nie przynosiło mi to długotrwałej satysfakcji. Byłam nieszczęśliwa. Tak naprawdę chciałam, żeby mnie ktoś w końcu pokochał, ale nie wierzyłam już w żadne słodkie słówka, wszędzie wyczuwałam fałsz i ściemę. Przez to, że stałam się taką suką prawie wypuściłam z rąk szansę na prawdziwą miłość. A kiedy wpuściłam ją do swojego życia, wszystko prawie spierdoliłam domysłami i doszukiwaniem się drugiego dna.

Co łączy Weronikę i Klaudię?
Obie dostały ostro po dupie bo ktoś postanowił zrobić z ich zaufania i miłości zużytą, śmierdzącą szmatę. Wrażliwość i potrzeba miłości została w nich taka sama, a może nawet większa. Ale razem z tą potrzebą przywędrował olbrzymi strach i niepewność. Obie są w związkach i mają problem z zaufaniem. Myślę, że jest tu wiele takich Weronik i Klaudii. Wiele różnych historii bardziej i mniej podobnych, ale łączy je ten sam skutek.

Jak jest teraz? 
Po wybojach i głębokich dołach przyszedł czas na równinę. Dałaś kolejną szansę swojemu szczęściu i już teraz dużo ostrożniej dobrałaś partnera, który ma Ci towarzyszyć. Po spacerkach, wspólnych kawkach, wypadach do kina przyszedł moment, że decydujecie się razem mieszkać, dzielić razem swój świat. A widmo przeszłości skrobie Ci marchewki. Teraz masz czas na baczną obserwację jego zachowania, wiesz dokładnie o której wraca z pracy i co robi w wolnym czasie. Czasem się spóźnia, długo siedzi w łazience, ciągle do kogoś pisze. W Twojej głowie już wyje syrena, masz ochotę płakać i krzyczeć, wyrwać mu ten telefon i wszystko sprawdzić. Zanim to zrobisz, pomyśl chwilę komu robisz większą krzywdę. Pamiętaj, że to Ty dokonałaś wyboru, że wpuszczasz go do swojego życia. On chciał, Ty się zgodziłaś. Nie karz go więc za to, że ktoś spierdolił Ci przeszłość. Wybrałaś tą drogę, więc teraz nią krocz i czerp z niej to, co Ci daje. Co chcesz osiągnąć przez insynuacje i wmawianie mu winy? To, że klęknie i przyzna się do wszystkiego co najgorsze a Ty będziesz mogła się z nim rozstać? O tym marzysz? Chcesz sobie udowodnić, że to kolejny pajac, co do którego się pomyliłaś? Odpowiedz sobie na pytanie co osiągniesz, kiedy będziesz snuć domysły, pisać scenariusze i grzebać w jego rzeczach. To Twoja recepta na trwały, stabilny związek? Kiedy się okaże, że jednak był wart uwagi, może być już za późno. Żaden normalny mężczyzna nie marzy o paranoiczce i prędzej czy później sobie taką odpuści. A Ty, tak jak od początku na to pracowałaś- zostaniesz sama. Daj sobie szansę na normalny związek.


maja 01, 2018

Przejdź na Tumiwisizm

Przejdź na Tumiwisizm


Kiedy następnym razem złapiesz się na tym, że komentujesz czyjeś wybory, styl albo sposób bycia zastanów się co u Ciebie poszło nie tak. Co mógłbyś zrobić w tym samym czasie, w którym teraz wpierdalasz się w czyjeś życie? Zadzwoń do mamy, wyślij sms o treści „pomagam” albo idź się zabij, tylko weź daj żyć innym jak chcą. Panie/Pani Ideał vel Bez Wad.
A Ty, kiedy komentują Ciebie albo krzywią się na Twoje zdanie, popatrz na nich i pomyśl jaka będzie różnica między tym, że się przejmiesz, a tym, że się nie przejmiesz. Nic się na świecie nie zmieni, oni dalej będą pierdolić, pogoda będzie dalej ta sama, tylko na jedno masz wpływ- możesz naprawdę mieć to w dupie i dalej żyć na własnych zasadach. Weź na nich spójrz i pomyśl ile oni znaczą w Twoim życiu. Co Ci po sympatii osób, które idealnie potrafią Cię podsumować sugerując się jedynie tym, co mówi ktoś inny? Serio? Tacy są do przodu w poglądach, swoim zdaniu, stylu i upodobaniach kulinarnych, a wystarczy, że ktoś im bardziej bliski nasra na Ciebie i oni nagle też na Ciebie srają. Ja wiem, że to chore- dają Ci czystą kartę a potem usłyszą kogoś, kogo podciągną pod swój autorytet i nagle karta jest zagryzdana po brzegi „bo on już mi wszystko powiedział”. No gratuluję Państwu Mamswojezdanie! 
Kiedy wiesz, że żyjesz nie krzywdząc innych i wypowiadasz się, nie mając na myśli nic złego, serdecznie zlej wszystkie poprzekręcane słowa i źle zinterpretowane sytuacje. Odpowiadaj za swoje czyny i słowa a nie za to jak je ktoś zrozumiał. Ktoś ze zgniłym wnętrzem nawet gdyby sam Bóg Ojciec i Bóg Spaghetti się bezpośrednio do niego odezwali, doszukałby się drugiego dna i podstępu. Nie trać proszę czasu na udowadnianie swojej niewinności i szlachetności komuś, kto Cię już dawno zaszufladkował, bo to bicie głową w mur. Kiedy wchodzisz takim ludziom w dupę, czują się wygrani i niech Cię nie zmyli ich uśmiech. Kiedy się odwrócisz, z wielką przyjemnością zsuną do kolan dolną część garderoby i na Ciebie nasrają. Dusi w mostku ta świadomość, co? Wiem.

Zamiast próbować zrozumieć, zajmij się tym, co Cię uszczęśliwia.
Jeśli chcesz, to sobie płacz jakie to niesprawiedliwe, pytaj los za co tak obrywasz, ale wiedz, że poświęcasz na to swój własny czas. Te minuty, godziny, dni, które mijają i już nigdy ich nie odzyskasz. Mogłeś zadzwonić do ukochanej i powiedzieć coś miłego, zabrać przyjaciółkę na dobre żarcie, obejrzeć odcinek The Office albo odbębnić trening cardio.  Zamiast tego poświęciłeś ten czas na kogoś, kto z chęcią wykopałby głęboki rów i Cię do niego wpierdolił. Pomyśl czy jest sens.
Zacznij już dziś ćwiczyć swoją wolność.
Ja wiem, teraz to sobie cwaniakuję a do niedawna sama byłam jak bohaterka opery mydlanej, która pada zrozpaczona na kolana i z podniesionymi rękoma krzyczy w niebiosa „PORQUE?!!!”. A wystarczyła prosta rzecz. Zaczęłam myśleć o tym co mam i na tym się skupiłam. Ile wspaniałych ludzi znam i to chyba nie przypadek, że mam wokół siebie tyle mądrych i ciepłych osób. Którzy też niejedno od życzliwych słyszeli na mój temat, a jednak zaufali sobie i postanowili przekonać się osobiście. To właśnie ta grupa ludzi, która zasługuje na mój czas i moje myśli. Dotarło do mnie, że ci wszyscy biedni ludzie, którzy wyrabiają sobie o kimś zdanie tylko na podstawie zasłyszanych informacji są w głębi duszy nieszczęśliwi. Bo czy człowiek nie dający sobie wolności wyboru i nie obdarzający zaufaniem własnej intuicji może być szczęśliwy? Czy człowiek trzymający czyjąś stronę tylko z obawy, że zostanie odepchnięty może nazywać się wolnym człowiekiem?
Uświadom sobie jak różni są ludzie.
Jak bardzo różnimy się intelektualnie, mentalnie, jak różnią się nasze priorytety i style życia. Po Ziemi chodzą tacy Doktorzy House’y, Billowie Gates’y, Legalne Blondynki, Matki Teresy, Ojcowie Rydzyki, Waldusie Kiepscy etc.… Widzisz te przepaści? To, że ktoś mówi, że jesteś chujowy, nie znaczy, że ma rację. To, że ktoś nie rozumie tej różnorodności, a siebie uważa za istotę jedyną nieomylną na tym świecie- ma problem, nie Ty.
Nie masz wpływu na to, jacy są inni.
Ale masz wpływ na to jaki sam jesteś. Nie masz wpływu na to, kto miesza Cię z błotem. Może to być ktoś obcy, a może to być Twoja najbliższa rodzina. Masz wpływ na to czy dasz się tym zgasić i czy będziesz tym żyć. Odradzam. Kiedy zaczynasz być ponad to, wkraczasz na inny poziom życia. Czujesz się lepiej fizycznie, zrzucasz ciężar, który usadowił się w mostku, możesz oddychać i chcesz się po prostu uśmiechać.
Pokieruj swoim życiem tak, żeby nie być jak oni.
Nie słuchać, nie osądzać, iść swoją drogą i nawet jeśli masz się na kimś przejechać, to osobiście. A oni niech Cię wyrzucają ze znajomych, dopisują historie, blokują, osądzają. Niech ta selekcja się odbywa w tym gnuśnym, zamkniętym światku, a Ty bądź wolny wśród innych wolnych ludzi.

Śmiej się! Peace.

stycznia 11, 2018

Chłopie, przestań pomagać w domu!

Chłopie, przestań pomagać w domu!



Jolka od dwóch godzin gorączkowo krząta się po mieszkaniu nerwowo spoglądając na zegarek. Goście będą tu lada moment, a ona wygląda jak spocony maratończyk po biegu wytrzymałościowym na Saharze, w dodatku w dzień rekordowych upałów. Sławek spokojnie przeciągnął się na kanapie, doceniając każdą sekundę rześkości, którą zafundował sobie krótkim prysznicem. Jola w tym czasie usłyszała charakterystycznie syczenie z kuchni. Kipi!!! Natychmiast puściła mopa i rzuciła się na ratunek zalanej kuchence elektrycznej.
- No pięknie- wysyczała odlewając resztki wody z garnka -  makaron.
- Naahahaha – parsknął do telewizora Sławek, chrupiąc nachosy z rozdziawioną paszczą – kochanie, zobacz – krzyknął wesoło, wskazując nachosem na ekran – Pepe Dziobak! Kurde, jak ja dawno tego nie oglądałem. – Dodał z sentymentem.
Jola ewidentnie nie podzielała nastroju swojego narzeczonego. Jej duszę wypełnił mrok, myśli zapewniły stabilną pozycję w otchłani piekieł a oczy napełniły się łzami wszechogarniającej wściekłości. Z dużego pokoju dobiega wesoła piosenka z bajki, jej wybranek (ten jedyny, ten, któremu powiedziała „tak!”) chce się z nią podzielić dobrym nastrojem i zwiększa głośność o kilka kresek.
- Hehehe, kochanie, słyszysz?
W tym momencie ze szczupłej, sympatycznej brunetki Jolanta przeistacza się w bestię. Opiera się zgarbiona o blat, syczy i dyszy, oczy jej płoną, a twarz przybiera kolor purpury. Wyrastają szpony, ramiona się rozrastają, rośnie wielki garb, na skroniach pulsują wielkie żyły! Rozwścieczona zniszczy wszystko na swojej drodze!
Wchodzi do pokoju. Facet, którego (może przysiąc) jeszcze niedawno kochała, zerknął zastanawiająco na swoją zmarnowaną kobietę, która stanęła w drzwiach w poplamionym fartuszku, ze ściereczką na ramieniu:
- Co ci jest? Czemu jeszcze nie ubrana, zaraz będą goście. – odkrywczo oznajmił po czym wpakował sobie garstkę nachos do ust.
- Serio?- odparła cicho. Patrzyła na niego przez chwilę w milczeniu. Obserwowała jak jego roześmiana żuchwa mieli  serowe przekąski, które wraz z jego śliną przybierają postać obrzydliwych stalagnatów w momencie gromkiego śmiechu.
- A MOŻE BYŚ MI KURWA POMÓGŁ? – wyrwało jej się jej. Całkiem głośno. Całkiem niechcący.
Twarz Sławusia wyraźnie się zachmurzyła.
- W czym ci mam pomóc, ubrać się?! Zawsze ci źle! Człowiek wraca z roboty w dobrym humorze to musisz wszystko zepsuć. Co ja ci zrobiłem?
Jola spojrzała tępo i obojętnie, nawet wydała z siebie coś w rodzaju cichego śmiechu:
- Nic. Właśnie w tym rzecz, że nie robisz nic.

Bezwiednie zrzuciła ściereczkę na podłogę, odwróciła się na pięcie i poszła od prysznic.

*


Majka, Ala i Jowita spojrzały po sobie z zachwytem, kiedy usłyszały, bądź co bądź całkiem niechcący, rozmowę pary, która przyszła do kawiarni z małym dzieckiem i usiadła stolik obok.
- Uf, chyba tatuś podaje ci jakieś niedozwolone substancje, to niemożliwe, żeby kupa dziecka tak śmierdziała – zaśmiała się kobieta w zielonym sweterku, trzymająca na kolanach małego, łysego potworka z wielkimi, błękitnymi oczami.
- Mamy swoje męskie tajemnice, You know, If I tell you, I must kill you. – Odparł mężczyzna z przekąsem.
- Hahaha, okej, wasze grzeszki a ja muszę cierpieć – odparła rozweselona kobieta wstając z krzesła.
- Usiądź. Daj mi go Kotku, ja go przewinę, dopij kawę. – Mężczyzna wstał i wziął chłopca na ręce- Hopsa! Chodź do taty ty mały, śmierdzący trollu. Zaraz się rozliczymy, ładnie to tak zdradzać mamie, że robimy wypady do KFC?
- Ja ci dam KFC, nawet tak nie żartuj!
Mężczyzna puścił oko do swojej wybranki i ścisnął dwoma palcami jej nos po czym zniknął z maluchem w łazience.
Majka westchnęła nie odrywając wzroku od drzwi łazienki:
- Żeby mój Łukasz mi tak pomagał…
- A co, nie pomaga? – Zaciekawiła się Ala.
- A gdzie tam. Ty słuchaj, mamy dwójkę dzieci. Zuza ma trzy latka, a Mikołaj półtora roku. Dacie wiarę, że on ANI RAZU nie przewinął dziecka? Ani – razu!
Jowita wzięła łyk kawy marszcząc brwi.
- Ale jak to możliwe? To kto przewijał Zuzankę jak byłaś na uczelni?
- Teściowa -  oznajmiła Majka oczywistą oczywistość, wzruszając ramionami. – A jak poprosiłam go o to kilka razy to się wykręcał, że nie umie, albo że nie chce krzywdy zrobić. Jakbym miała czekać aż to zrobi, dziecko już dawno z obszczypaną dupą by chodziło…
- W głowie mi się to nie mieści. – Obruszyła się Alicja – Nie chce krzywdy zrobić? Co to za argument? Kobieta niby się rodzi z umiejętnością przewijania?!
- Ano co mam wam powiedzieć? Zawsze kiedy mnie nie ma z dziećmi, Łukasz pakuje je do auta i zawozi do teściów. Nie ma zresztą takiej sprawy, której by nie konsultował ze swoją mamusią. Mam czasem wrażenie, że on nie ma własnego zdania tylko zdanie swojej matki. I ojca. A dzieci go chyba denerwują.
- A w domu poza tym pomaga ci jakoś?
- Dajcie już spokój, bo zaraz zapadnę się pod ziemię, a wy pomyślicie, że godzę się na niewolnictwo. – Odparła Majka nerwowo mieszając kawę. Letnią i już do połowy wypitą.
Dziewczyny wyglądały na wyraźnie zatroskane. Zanim którakolwiek zdążyła coś powiedzieć, zwróciła się do nich kobieta w zielonym sweterku:
- Najmocniej przepraszam, że się wtrącam, ale mimowolnie usłyszałam waszą rozmowę. Chciałabym coś powiedzieć, mogę?
- Yyy jasne, pewnie, oczywiście. – Odparły jedna przez drugą, lekko zaskoczone.
- Jestem Julia, cześć. Słuchajcie. Mój Robert- ten pan, który zniknął z małym Antosiem w łazience- mi nie pomaga. - Przyjaciółki wyraźnie zaskoczone nie dowierzały tym słowom, szczególnie po tym co przed chwilą widziały.
- Przecież przed chwilą widziałyśmy - twój facet pozwolił ci siedzieć i sam zabrał dziecko, żeby je przewinąć. – Prychnęła Alicja, w myślach posądzając Julię o poprzewracanie w dupie i niewdzięczność. Julia uśmiechnęła się serdecznie.
- Owszem. Ale to nie jest pomaganie. To współpraca. Mamy wspólne mieszkanie i równe potrzeby. To nie jest tylko moje dziecko. Nie tylko ja sprawiłam, że Antoś istnieje, więc skąd stwierdzenie, że mój mąż mi pomaga opiekować się dzieckiem? On opiekuje się tym dzieckiem, a nie pomaga w opiece. To samo dotyczy prac w domu. Oboje w nim brudzimy, brudzi w nim nasze wspólne dziecko. To nasz dom. Nie mój, w którym on przebywa. Nie jego, w którym ja jestem od utrzymywania porządku. Nasz dom i nasze obowiązki. Nieważne ile pracujemy poza domem.
Dziewczyny słuchały w milczeniu. Zauważyły, że wraca Robert z chłopczykiem na rękach. Julia na ten widok wstała i zaczęła ubierać kurtkę dodając:
- Zastanówcie się nad tym dziewczyny. To nie w was jest problem. I nie pozwólcie waszym dzieciom powielać schematów, że to kobieta jest perpetuum mobile, która musi mieć czas na pracę, dom i dzieci.
- Dzień dobry paniom -  zwrócił się do kobiet Robert, po czym odezwał się do żony – Kochanie, ciesz się, że wziąłem to na klatę, tylko mocarze przeżyją taką bombę biologiczną. Jestem nieśmiertelny!
- Głupek. – Zaśmiało się Kochanie – Trzymajcie się dziewczyny, pa!
I wyszli z kawiarni.
- Pa.. – powiedziała każda pod nosem, patrząc w zadumie przez kawiarniane okno na szczęśliwą parę z dzieckiem.

 *
Nienawidzę słowa „pomagać” kiedy mowa o wykonywaniu domowych obowiązków. Pomagać można chorym i potrzebującym... Żyjecie razem, jecie razem, oboje się ubieracie, oboje potrzebujecie czasu wolnego. Życie razem to partnerstwo, a nie niewolnictwo z łaskawym panem, który czasem litując się nad podwładnym włoży talerz do zlewu i czeka na pieśń dziękczynną. Chłopaki, weźcie się w garść. Pranie, prasowanie, składanie ubrań, czyste dzieci, ciepły dom, najedzona rodzina, to wszystko zabiera czas. Kiedy robicie to we dwoje, szanujecie się wzajemnie i dajecie możliwość spędzenia kawałka czasu razem, dajecie sobie szansę na chwilę oddechu. Kiedy jedno po powrocie z pracy siada i wielce odpoczywa, wymagając od drugiej osoby porządku, bo MA LŻEJSZĄ PRACĘ, to już nie jest życie z kimś, a życie obok kogoś. Kiedy w Waszym związku ma miejsce wytykanie, porównywanie i udowadnianie, że macie gorzej, to myślę, że powinniście się grubo zastanowić nad sensem istnienia tego związku.

Przestańcie pomagać. Zacznijcie żyć we wspólnocie. Warto usiąść i zastanowić się głęboko nad znaczeniem słowa „wspólne”.

lutego 25, 2017

let me die

let me die
Trafiłam na poniższy tekst przeglądając wersje robocze. I śmiechłam. Sto lat temu, kiedy go pisałam wydawał  mi się paskudnie depresyjny i nie chciałam przynudzać. Ale chyba każdy czasem tak ma, że nic tylko umrzeć. Niezależnie od powodzenia w życiu, szczęścia w grach, pory roku, stanu na koncie. Czyli w sumie bez powodu. Zdecydowałam się go opublikować. Uwaga, trzy, dwa, jeden- robi się smuteczek:




Nie jest łatwo być szczątkiem... Odpadem, życiową mizerią, kupą... Nie mogę się zdecydować co wybrać.

W końcu wolny wieczór, już mnie nikt w pracy nie gnoi, nie okazuje się, że znowu się coś nie zgadza. Siedzę z laptopem na kolanach oparta o ścianę i jestem zwykłą kupą. 
Laptop nie mój, no bo jak.. Ja nie mam laptopa. Nie studiuję już, nie pracuję na komputerze. Po co mi laptop? Cały świat to krzyczy, kiedy wspominam, że może bym sobie kupiła... Brak laptopa powoduje jedynie umykanie twórczym przemyśleniom, które później na rozkaz powrotu idą w kosmicznej reorganizacji, gubią się po drodze i tworzą jakieś kubistyczne obrazy. A kubizmu nie rozumiem za bardzo, jakoś niespecjalnie to czuję...

Nieobecność klawiatury w odpowiednim momencie raz na zawsze pozbawia mnie bycia Cohello.

Szczypią mnie oczy, chociaż przed chwilą wstałam. Czuję jak moja tkanka tłuszczowa żyje własnym życiem. Czuję jej obecność pod podbródkiem, na brzuchu i do tego wszystkiego ją widzę. Rozmazany, potargany, tłusty zlepek potknięć i różnych dolegliwości.

Nie wiem- może w tych czasach lepiej bym się poczuła, gdybym zrobiła zdjęcie własnym nogom i leżącej na nich książce? Zdjęcie robione lewą ręką, bo w prawej kubek z sentencją, wypełniony gorącą kawą, delikatnie wdzierający się w kadr. Mogłoby być smoothie, ale nie pasuje do pogody i tła. I do moich nóg. W sumie jakby patrzeć na to co pasuje do moich nóg, w mój kadr powinna śmiało wdzierać się mortadela. I kawa. Do kawy ma prawo każdy. Ale w sumie na kawę za późno i i tak nie mam kubka z sentencją. Mortadeli też nie mam. Jak żyć?


Z potwornym rumieńcem wstydu przyznaję, że kiedy niepowodzenia na ścieżce zawodowej i zdrowotnej zaczynają organizować sobie zbiorowe maratony, czuję się jak skrzyżowanie porzuconego kotka na środku autostrady i kulki gówna pchanej przez żuka gnojarza.

Więcej nie napiszę. Przyszła moja siostra po swojego laptopa.

lutego 16, 2017

Mąż Cię bije? To się pomódl!

Mąż Cię bije? To się pomódl!




Poznajcie Monikę. Ma 27 lat, ma dwójkę dzieci. I męża (jeszcze). Poczuła się spoliczkowana przez ludzi, którzy rządzą naszym krajem i kościołem. Aczkolwiek wydaje mi się, że "spoliczkowana" to zbyt łagodne określenie. Spokojnie można powiedzieć, że została porządnie skopana, sponiewierana pasywną agresją przez tych tam, co siedzą przy korycie. Dostałam od niej wiadomość pełną rozgoryczenia, niezrozumienia i złości. Uważam, że powinno przeczytać jej wypowiedź szersze grono. Poniżej, oczywiście za jej zgodą, publikuję to, czym postanowiła się ze mną podzielić. Bez zbędnych komentarzy i odnoszenia się do tekstu (z którym po prostu się zgadzam) zostawiam go wszystkim do przemyślenia i konstruktywnej dyskusji. 

"Kupiłam sobie ostatnio gazetkę "Fakty i mity", tygodnik nieklerykalny. Zupełny przypadek. 
Kupując myślałam, że trafiłam na coś w stylu Super ekspres. Myliłam się. Gazeta jest przeciwna działalności kościoła. Ale przy faktach, które gazeta opisuje mam wrażenie, że żyjemy w czasach podobnych do czasów Wisłockiej, tyle że nasze czasy różnią się nie co do podejścia do spraw seksu a co do spraw przemocy domowej. W związku z tym, że temat bardzo mi bliski z autopsji zaczytałam się w wyżej wymienionej gazecie wczoraj wieczorem i aż musiałam "przespać się" ze zdobytą wiedzą. 
Otóż dla mnie oczywistym jest, że bicie jest złe. Obojętnie kto kogo bije i jakiego jest wyznania. Dalej jest złe, jeżeli bije katolik. I dla mnie oczywiste jest, że osoba każdego wyznania może stać się katem, bo to że ktoś twierdzi, że jest wyznawcą jakiejś wiary nie oznacza z góry że jest dobrym człowiekiem i można zakładać, że nie popełnia złych czynów.
Do czego dążę. Otóż pamiętam czasy kiedy Duda kandydował na prezydenta. Pamiętam że z mocą powtarzałam, że nie głosowałabym na niego, że wolę "cipę" Komorowskiego. Dlaczego? Ano dlatego, że Duda stale powtarzał, że tzw konwencja antyprzemocowa uderza w tradycyjny podział ról w rodzinie oraz ogólnie uderza w rodzinę polską. Burzyłam się w duchu ogromnie, no bo przecież sama siedziałam obok kata słuchając wypowiedzi Dudy w "Wiadomościach" i nie rozumiałam jak można było mówić w XXI w że działanie przeciwko przemocy jest złem?! Oczywiście inni politycy nawróceni na kaczyzm, moheryzm oraz księża dokładali swoje trzy grosze o zgubnych skutkach konwencji dla rodziny. 

Wyczytałam w tej mojej gazecie, że PIS planuje w Sali Kolumnowej sporządzić odpowiedni akt prawny- wypowiedzenie konwencji dla Polski z Konwencji Rady Europy (fakty być może Ci znane, ja od kilku miesięcy nie oglądam wiadomości). Działania te poparte są myślą, że skoro w Polsce 90 % ludzi to katolicy, a katolik przecież przemocy nie stosuje- czyli przemocy w Polsce nie ma. Więc konwencja w Polsce nie ma racji bytu. No bo jak mamy podpisaną konwencję, to tak jakbyśmy przyznawali się do tego że katolik jednak tę przemoc stosuje. Uznano zatem, że należy po cichu pozbyć się konwencji w Polsce- po cichu żeby czasem jakieś feministki czy inne gender się nie oburzały. Dodatkowo pierwszy sekretarz komitetu centralnego PiS, towarzysz Kim-Dzong-Kwacz w związku z tym, że nie ma przemocy rodzinnej odciął dofinansowanie "Niebieskiej Linii" i poradnia telefoniczna od stycznia zawiesiła działalność. Polski Kaczogród! 

Kiedy byłam dzieckiem bardzo wierzyłam w Boga. Modliłam się bardzo dużo. Dojeżdżałam na coniedzielną mszę do kościoła rowerem. Łykałam każde słowo powiedziane przez księdza, uznawałam jako moje prawdy życiowe. Przeżywałam w duchu każdy grzech jako obrazę Boga. Wtedy moja wiara to było coś pięknego. Taka czysta miłość. A teraz moja wiara zaczęła mi przeszkadzać. No bo kościół zabrania rozwodów. Rodzina ma być razem. Mąż bije? Nieś swój krzyż. Nie chcesz mieć więcej dzieci? Musisz chcieć! W małżeństwie trzeba być otwartym na każde nowe życie! Antykoncepcja? Zaburza normalne relacje między małżonkami i prowadzi do bezpłodności... Jo, serio? Czy to, że ktoś jest katolikiem oznacza, że nie używa mózgu i nie potrafi logicznie myśleć? My jako katolicy mamy słuchać słów Ojca Świętego, jego postanowienia uznawać jako swoje życiowe zasady. Ale jak tu się do tego odnieść, skoro Papież w potępiał w 1832 r powstanie listopadowe, uważał że Polska powinna skupić się na swojej wierze a nie na tym by istnieć jako niezależne państwo...

Zabij mnie za moje przemyślenia w niedzielny poranek."

lutego 08, 2017

Dla Mamy

Dla Mamy




Wspomnienia zazwyczaj budzą się w nieoczekiwanym momencie. To nieprawdopodobne jaką pojemność ma nasz umysł. Ile rzeczy w nim zasypia i potrafi przespać pół życia aż tu nagle... No właśnie. Wsiadłam w nocy do autobusu jak przez ostatni tydzień popołudniówek. Siadam, jadę do domu. Jak co wieczór. Jak co wieczór słyszę radio zanim założę słuchawki. Usłyszałam pierwsze wersy i ogarnął mnie dreszcz. Silny, wyrazisty przeszył całe moje ciało... Ragtime. Zapomniałam... Przysięgam, zapomniałam o tym. Tak emocjonalne, tak poruszające. Kilka sytuacji z dzieciństwa, pozornie zwyczajnych, o których zapomina się na drugi dzień. Wrócił do mnie każdy wers, każdy akord, każda nuta. Z tym wszystkim odtworzyły się uczucia i obrazy... Obrazy mojej mamy. Z tamtych lat. Moja rodzina kochała muzykę. Degustacja Budki Suflera miała miejsce przy każdym rodzinnym spotkaniu. Nie chodziłam spać w weekendy i wakacje po dobranocce. Nie kazano mi odmawiać pacierza, choć i tak to robiłam. Mogłam się bawić, oglądać bajki, biegać po dworze, przychodzić do mamy i podjadać z jej talerza. Budka Suflera brzmiała gdzieś w tle. Albo była na tapecie i śpiewano ją zbyt głośno. Ale zawsze była. I zawsze była w tym wszystkim mama. Pamiętam. Jej ciepłe dłonie, ciepły brzuszek gdy tuliłam się do niego jak przychodziłam położyć głowę na jej nogach. Pamiętam jak patrzyłam na Nią z dołu. Jak kołysała się rytmicznie do piosenek, co jakiś czas spoglądała na mnie i przegarniała moje włosy. Była taka piękna. Delikatna, najwspanialsza, moja. I pamiętam jak było na dworze chłodno, ja przychodziłam się do niej tulić. Kładłam głowę na jej klatce piersiowej. Do dziś pamiętam dźwięk wdychanego przez Nią powietrza. Miarowe, miękkie oddychanie. Nawet podstawowe czynności i odruchy, które wykonywała, wydawały się być jedyne w swoim rodzaju. Tak wiele mam myśli a słowa przychodzą mi do głowy tylko dwa. Piękna... I moja. Taką ją pamiętam z dzieciństwa. Cała moja, po mojej stronie, chroniąca mnie przed złym światem jedną ręką. Właśnie tak. Obejmując mnie swoją delikatną ręką sprawiała, że czułam się bezpiecznie.. .Właśnie wtedy. Kiedy był chłodny wieczór, grill dogasał, a w tle rozbrzmiewał Ragtime. Nie było mi zimno, bez znaczenia były podwórkowe potyczki. Miejsce pod skrzydłem mamy było najbezpieczniejszym miejscem na Ziemii. A głos Cugowskiego będzie zawsze miał zapach jej perfum, granatowy kolor jej sukienki i chłód letnich wieczorów.
Kocham Cię Mamusiu.
Copyright © 2016 Pseudolejdi. , Blogger