Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość i inne kłopoty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość i inne kłopoty. Pokaż wszystkie posty

czerwca 26, 2018

Nie ufam mu bo mnie życie nauczyło

Nie ufam mu bo mnie życie nauczyło



Weronika:
Zaczęło się od tego, że ojciec ciągle ściemniał. Ale tak ciągle, że nie masz pojęcia jak bardzo nieskończone „ciągle” mam na myśli. Mówił mamie, że jest jeszcze w pracy, a nie był. Mówił, że wróci i nie wracał. I że nie będzie pił, a pił. Że nie dostał wypłaty, kiedy po prostu ją gdzieś przepuścił. Że zapłacił, a potem przychodziły upomnienia i pisma windykacyjne. Ale nie tylko mamie tak kłamał. Nigdy nie czuł się za nic winny, zawsze wina była po stronie złego świata a on był dobry i zawsze chciał dobrze. Kłamał po prostu. Wszystkim. Mnie też. Miałam wziąć udział w Mini Playback Show. Pamiętasz ten program? Przysięgał mi, że tam pojedziemy. Od Przedszkola do Opola. Tam też ze mną jechał. Jedzie do dziś. Jak był pijany, a zdarzało mu się często, przychodził do mojego pokoju i obiecywał. Obiecywał dużo pięknych rzeczy. Takich, że za każdym razem czułam, że mam wielkie szczęście i wszystkie koleżanki będą mi zazdrościć.  Nie raz gębę sobie nim wycierałam w szkole, pyskując nauczycielowi, że tata przyjdzie i z nimi sobie porozmawia. Bo tata po pijanemu bardzo lubił grać bohatera. Obiecywał mi, że jak panu nauczycielowi coś nie pasuje, to on przyjdzie do szkoły i zrobi porządek. Nie przypominam sobie, żebym choć raz w życiu dostała od niego coś, co obiecał. Żeby pamiętał o tym, że ma gdzieś przyjść- choćby na głupi Dzień Taty w szkole. O moich urodzinach przypominała mu mama. O obietnicach zapominał, a pytany o to czemu nie przyjechał, oczywiście odpowiadał, że przecież musiał ratować świat. Akurat rynek w Tokio miał się ku upadkowi, asteroida leciała w stronę Ziemi, więc ocalił ludzkość od zagłady, był o krok od przełomowego odkrycia. Jednym słowem zawsze było coś tak cholernie ważnego, co uniemożliwiło mu przyjazd w umówione miejsce w umówionym czasie. Nigdy nie usłyszałam „zapomniałem” albo „po prostu miałem to w dupie”. Bo przecież on nigdy nie zapominał. Przecież nigdy nie miał nic w dupie. I tak się wychowałam. Jedyny męski autorytet w moim życiu ciągle kłamał, jego wytłumaczenia nijak się miały do rzeczywistości. Był typem człowieka, któremu po prostu wszystko zwisało. Który rozmawiając z tobą nieba by ci uchylił, ale jak tylko zniknęłaś za rogiem, zapominał o czym była mowa. I sama zobacz. Teraz kiedy mój facet powie, że mnie kocha, ja myślę „i co z tego?”. Ojciec też mówił, że kocha. Mamie tak mówił, mi tak mówił. Co z tego, powiedz mi. To są tylko słowa. A jak spóźnia się pół godziny, odchodzę od zmysłów. A kiedy wyjaśnia co się stało, ja szukam podstępu i jakiejś nieścisłości w jego historii. To jakiś obłęd, odbiera mi to radość życia.

Klaudia:
Byłam w związku prawie pięć lat. Rozpoczął się kiedy miałam lat szesnaście, on był ode mnie siedem lat starszy. Mezalians intelektualny był nie do opisania, ale wzięło mnie na amen. Dużo starszy równało się dla mnie dojrzały. Teraz, gdyby mój serdeczny przyjaciel, lat 24, powiedział mi, że wyrwał szesnastkę to bym go zdrowo pierdolnęła w tył głowy. I tak kilka razy. Do skutku, aż by mu się ten pomysł raz na zawsze zdematerializował. No ale mojemu byłemu nikt tego nie zrobił, a mnie, jak wspomniałam, wzięło i bez dyskusji. Nikt by się pewnie nie spodziewał po nastolatce takiej stabilności uczuciowej, a tu proszę. Wiernie trwałam u jego boku bez żadnych, nawet niewinnych flircików na boku. Pomimo, że on święty nie był a i jego stosunek do mnie pozostawiał sobie wiele do życzenia. Wierzyłam w magiczną moc miłości i szczerości, powtarzając jak mantrę, że jeśli ja nie kłamię i nie daję powodów do kłamstwa, druga strona się odwdzięczy tym samym. Że niby karma. I może by tak było, gdyby on był taki, jakiego sobie wyobrażałam. Ja doskonale sobie zdawałam sprawę z tej różnicy wieku i z tego jak to wygląda na tym etapie. Ledwo wyszłam z gimbazjum. Bałam się spotkania z jego rodziną, bałam się tego jak mnie przyjmą, a potrafię doskonale wychwycić każdy, najbardziej niewinny ironiczny tekst i gest. Świadomość posiadania tego zmysłu potęgowała strach. Powtarzałam sobie, że on musi być bardzo dojrzały skoro decyduje się na związek z tak młodą dziewczyną. Że musi dostrzegać moją dojrzałość i zdawać sobie sprawę z tego jaką łatkę sobie przypina. Że musi mu naprawdę zależeć, skoro bierze to na klatę. Przysięgam, że takie właśnie myśli mnie nachodziły. Nie pomyślałam tylko o jednym -  że on W OGÓLE o tym nie myślał. W jego głowie nigdy nie odbywały się takie i tym podobne analizy. Czas mijał, ja z biegającej za nim dziewczynki zmieniałam się powoli w kobietę, która zaczynała o wiele rzeczy walczyć. Przestawało mu być do śmiechu. Walczyłam o tak naprawdę zwykłe rzeczy, jak realizowanie się w kółku teatralnym czy wyjazdy na noc do przyjaciółek. Koleżanki chodziły na randki z rówieśnikami, dawały się podrywać na imprezach a ja unikałam adoratorów jak ognia, każdego po kolei spławiałam. Z czasem zaczynałam dostrzegać to, że on stoi w miejscu, nie ma zamiaru się rozwijać i żyje z dnia na dzień, tym co mu dzień przyniesie. Hajsik może wpadnie, może nie, tu piwko, tam papieroski, ważne, że dziś wystarczy na paczkę. Ekspedientki w lokalnych sklepach zaczepiały mnie pytając kiedy spłaci długi. Wiesz, browarki na zeszyt. Cholernie dziwne uczucie. Trwałam w środku tej dziwnej sytuacji, w międzyczasie poszłam do pierwszej pracy, podjęłam studia. Żarty i tematy do rozmów w stosunku do niego już dawno zredukowałam. Ale ta głupia myśl, że go wybrałam i, że przecież w sumie jest dobry kazała mi przy nim trwać. Że to takie forever musi być. Że damy radę. On przysięgał, że chce się dla mnie zmienić, że skończy średnią szkołę, poukłada sobie życie, znajdzie stałą pracę. Bardzo chciałam go w tym wspierać, nawet mu cholerne plany rysowałam. Tak, plany. Rysowałam mu mapki długopisem na kartkach a4, żeby zwizualizować cele. Wszystko jebło jak u mnie zamieszkał i puzzle mu się zaczynały rozsypywać. Trudniej coś ukrywać, kiedy spędza się ze sobą dużo więcej czasu. A niestety, detektywem jestem bardzo dobrym. Wcześniej nie chciałam nim być. Obdarzyłam go ogromnym zaufaniem i swobodą. Pierwsze przechwycenie telefonu było dla mnie paskudnym przeżyciem, ale intuicja pokierowała mną bezbłędnie. Co z tego w zasadzie, skoro wybaczałam? Wszystko po kolei. Zdrady, mówienie o mnie bez szacunku za moimi plecami, picie alkoholu. Nie umiałam zrozumieć kłamstwa prosto w oczy komuś, kogo się kocha. Dlatego wierzyłam w każde tłumaczenie, jakkolwiek absurdalnie by nie brzmiało. Było i tak bardziej dla mnie logiczne niż kłamstwo, ku któremu przecież nie dawałam mu powodów. Coś we mnie wreszcie pękło, kiedy poplątał się w tym wszystkim totalnie. Był przebiegły bardziej niż myślałam, ukartował całą sytuację, żebym dała mu spokój i przestała go dręczyć o to, że chcę zobaczyć jego głupie szkolne zeszyty. Bo od roku uparcie twierdził, że chodzi zaocznie do szkoły, co było gówno prawdą. Dasz wiarę, że nawet opowiadał mi dialogi z nauczycielką i wymieniał swoich kolegów z klasy po nazwisku? Zaangażował do tego ludzi, istne przedstawienie. Ale zapomniał pozacierać wszystkie ślady. Wtedy już go z domu wyrzuciłam na dobre. Groził mi śmiercią, prześladował mnie, musiałam się ukrywać, ale się nie ugięłam. 

W kolejny związek o dziwo wplątałam się dosyć szybko. Zachłysnęłam się, zauroczył mnie inteligencją i podobnym poczuciem humoru. Wreszcie ktoś mnie rozumiał, nie musiałam dokańczać ani – o zgrozo – tłumaczyć żartów. Rozmawialiśmy długo, często… Próbowałam mu delikatnie wyjaśnić, że zostałam dosyć mocno skrzywdzona i nie zniosę tego, jeśli traktuje naszą znajomość jak przygodę. Dałam mu szansę wycofać się w porę. Ale on bardzo żywiołowo i negatywnie reagował na jakiekolwiek wzmianki o byłym. Uznałam, że rozumie, uspokoiłam się i nie wracałam do tematu. Przymknęłam oko na tą agresywną reakcję. Tłumaczyłam sobie, że nie mogę oceniać wszystkich przez pryzmat tamtego związku i teraz jest inaczej. Owszem było. Dopóki nie poszłam z nim do łóżka. Nie wyobrażasz sobie ile facet jest w stanie powiedzieć i obiecać tylko po to, żeby zaliczyć kobietę… Informacje o nim zaczęły do mnie napływać z wielu stron ale niestety trochę za późno, bo już byłam na liście odhaczonych. 

Wtedy wzięłam się za siebie jak nigdy. Schudłam bardzo, zaczęłam farbować włosy na ostry, wyrazisty, rudy kolor, zwracałam na siebie uwagę mężczyzn i dla tych, którzy próbowali mnie poderwać byłam zwyczajnie niemiła. Arogancka, prześmiewcza. Nie wiem czemu. Wcale nie przynosiło mi to długotrwałej satysfakcji. Byłam nieszczęśliwa. Tak naprawdę chciałam, żeby mnie ktoś w końcu pokochał, ale nie wierzyłam już w żadne słodkie słówka, wszędzie wyczuwałam fałsz i ściemę. Przez to, że stałam się taką suką prawie wypuściłam z rąk szansę na prawdziwą miłość. A kiedy wpuściłam ją do swojego życia, wszystko prawie spierdoliłam domysłami i doszukiwaniem się drugiego dna.

Co łączy Weronikę i Klaudię?
Obie dostały ostro po dupie bo ktoś postanowił zrobić z ich zaufania i miłości zużytą, śmierdzącą szmatę. Wrażliwość i potrzeba miłości została w nich taka sama, a może nawet większa. Ale razem z tą potrzebą przywędrował olbrzymi strach i niepewność. Obie są w związkach i mają problem z zaufaniem. Myślę, że jest tu wiele takich Weronik i Klaudii. Wiele różnych historii bardziej i mniej podobnych, ale łączy je ten sam skutek.

Jak jest teraz? 
Po wybojach i głębokich dołach przyszedł czas na równinę. Dałaś kolejną szansę swojemu szczęściu i już teraz dużo ostrożniej dobrałaś partnera, który ma Ci towarzyszyć. Po spacerkach, wspólnych kawkach, wypadach do kina przyszedł moment, że decydujecie się razem mieszkać, dzielić razem swój świat. A widmo przeszłości skrobie Ci marchewki. Teraz masz czas na baczną obserwację jego zachowania, wiesz dokładnie o której wraca z pracy i co robi w wolnym czasie. Czasem się spóźnia, długo siedzi w łazience, ciągle do kogoś pisze. W Twojej głowie już wyje syrena, masz ochotę płakać i krzyczeć, wyrwać mu ten telefon i wszystko sprawdzić. Zanim to zrobisz, pomyśl chwilę komu robisz większą krzywdę. Pamiętaj, że to Ty dokonałaś wyboru, że wpuszczasz go do swojego życia. On chciał, Ty się zgodziłaś. Nie karz go więc za to, że ktoś spierdolił Ci przeszłość. Wybrałaś tą drogę, więc teraz nią krocz i czerp z niej to, co Ci daje. Co chcesz osiągnąć przez insynuacje i wmawianie mu winy? To, że klęknie i przyzna się do wszystkiego co najgorsze a Ty będziesz mogła się z nim rozstać? O tym marzysz? Chcesz sobie udowodnić, że to kolejny pajac, co do którego się pomyliłaś? Odpowiedz sobie na pytanie co osiągniesz, kiedy będziesz snuć domysły, pisać scenariusze i grzebać w jego rzeczach. To Twoja recepta na trwały, stabilny związek? Kiedy się okaże, że jednak był wart uwagi, może być już za późno. Żaden normalny mężczyzna nie marzy o paranoiczce i prędzej czy później sobie taką odpuści. A Ty, tak jak od początku na to pracowałaś- zostaniesz sama. Daj sobie szansę na normalny związek.


stycznia 11, 2018

Chłopie, przestań pomagać w domu!

Chłopie, przestań pomagać w domu!



Jolka od dwóch godzin gorączkowo krząta się po mieszkaniu nerwowo spoglądając na zegarek. Goście będą tu lada moment, a ona wygląda jak spocony maratończyk po biegu wytrzymałościowym na Saharze, w dodatku w dzień rekordowych upałów. Sławek spokojnie przeciągnął się na kanapie, doceniając każdą sekundę rześkości, którą zafundował sobie krótkim prysznicem. Jola w tym czasie usłyszała charakterystycznie syczenie z kuchni. Kipi!!! Natychmiast puściła mopa i rzuciła się na ratunek zalanej kuchence elektrycznej.
- No pięknie- wysyczała odlewając resztki wody z garnka -  makaron.
- Naahahaha – parsknął do telewizora Sławek, chrupiąc nachosy z rozdziawioną paszczą – kochanie, zobacz – krzyknął wesoło, wskazując nachosem na ekran – Pepe Dziobak! Kurde, jak ja dawno tego nie oglądałem. – Dodał z sentymentem.
Jola ewidentnie nie podzielała nastroju swojego narzeczonego. Jej duszę wypełnił mrok, myśli zapewniły stabilną pozycję w otchłani piekieł a oczy napełniły się łzami wszechogarniającej wściekłości. Z dużego pokoju dobiega wesoła piosenka z bajki, jej wybranek (ten jedyny, ten, któremu powiedziała „tak!”) chce się z nią podzielić dobrym nastrojem i zwiększa głośność o kilka kresek.
- Hehehe, kochanie, słyszysz?
W tym momencie ze szczupłej, sympatycznej brunetki Jolanta przeistacza się w bestię. Opiera się zgarbiona o blat, syczy i dyszy, oczy jej płoną, a twarz przybiera kolor purpury. Wyrastają szpony, ramiona się rozrastają, rośnie wielki garb, na skroniach pulsują wielkie żyły! Rozwścieczona zniszczy wszystko na swojej drodze!
Wchodzi do pokoju. Facet, którego (może przysiąc) jeszcze niedawno kochała, zerknął zastanawiająco na swoją zmarnowaną kobietę, która stanęła w drzwiach w poplamionym fartuszku, ze ściereczką na ramieniu:
- Co ci jest? Czemu jeszcze nie ubrana, zaraz będą goście. – odkrywczo oznajmił po czym wpakował sobie garstkę nachos do ust.
- Serio?- odparła cicho. Patrzyła na niego przez chwilę w milczeniu. Obserwowała jak jego roześmiana żuchwa mieli  serowe przekąski, które wraz z jego śliną przybierają postać obrzydliwych stalagnatów w momencie gromkiego śmiechu.
- A MOŻE BYŚ MI KURWA POMÓGŁ? – wyrwało jej się jej. Całkiem głośno. Całkiem niechcący.
Twarz Sławusia wyraźnie się zachmurzyła.
- W czym ci mam pomóc, ubrać się?! Zawsze ci źle! Człowiek wraca z roboty w dobrym humorze to musisz wszystko zepsuć. Co ja ci zrobiłem?
Jola spojrzała tępo i obojętnie, nawet wydała z siebie coś w rodzaju cichego śmiechu:
- Nic. Właśnie w tym rzecz, że nie robisz nic.

Bezwiednie zrzuciła ściereczkę na podłogę, odwróciła się na pięcie i poszła od prysznic.

*


Majka, Ala i Jowita spojrzały po sobie z zachwytem, kiedy usłyszały, bądź co bądź całkiem niechcący, rozmowę pary, która przyszła do kawiarni z małym dzieckiem i usiadła stolik obok.
- Uf, chyba tatuś podaje ci jakieś niedozwolone substancje, to niemożliwe, żeby kupa dziecka tak śmierdziała – zaśmiała się kobieta w zielonym sweterku, trzymająca na kolanach małego, łysego potworka z wielkimi, błękitnymi oczami.
- Mamy swoje męskie tajemnice, You know, If I tell you, I must kill you. – Odparł mężczyzna z przekąsem.
- Hahaha, okej, wasze grzeszki a ja muszę cierpieć – odparła rozweselona kobieta wstając z krzesła.
- Usiądź. Daj mi go Kotku, ja go przewinę, dopij kawę. – Mężczyzna wstał i wziął chłopca na ręce- Hopsa! Chodź do taty ty mały, śmierdzący trollu. Zaraz się rozliczymy, ładnie to tak zdradzać mamie, że robimy wypady do KFC?
- Ja ci dam KFC, nawet tak nie żartuj!
Mężczyzna puścił oko do swojej wybranki i ścisnął dwoma palcami jej nos po czym zniknął z maluchem w łazience.
Majka westchnęła nie odrywając wzroku od drzwi łazienki:
- Żeby mój Łukasz mi tak pomagał…
- A co, nie pomaga? – Zaciekawiła się Ala.
- A gdzie tam. Ty słuchaj, mamy dwójkę dzieci. Zuza ma trzy latka, a Mikołaj półtora roku. Dacie wiarę, że on ANI RAZU nie przewinął dziecka? Ani – razu!
Jowita wzięła łyk kawy marszcząc brwi.
- Ale jak to możliwe? To kto przewijał Zuzankę jak byłaś na uczelni?
- Teściowa -  oznajmiła Majka oczywistą oczywistość, wzruszając ramionami. – A jak poprosiłam go o to kilka razy to się wykręcał, że nie umie, albo że nie chce krzywdy zrobić. Jakbym miała czekać aż to zrobi, dziecko już dawno z obszczypaną dupą by chodziło…
- W głowie mi się to nie mieści. – Obruszyła się Alicja – Nie chce krzywdy zrobić? Co to za argument? Kobieta niby się rodzi z umiejętnością przewijania?!
- Ano co mam wam powiedzieć? Zawsze kiedy mnie nie ma z dziećmi, Łukasz pakuje je do auta i zawozi do teściów. Nie ma zresztą takiej sprawy, której by nie konsultował ze swoją mamusią. Mam czasem wrażenie, że on nie ma własnego zdania tylko zdanie swojej matki. I ojca. A dzieci go chyba denerwują.
- A w domu poza tym pomaga ci jakoś?
- Dajcie już spokój, bo zaraz zapadnę się pod ziemię, a wy pomyślicie, że godzę się na niewolnictwo. – Odparła Majka nerwowo mieszając kawę. Letnią i już do połowy wypitą.
Dziewczyny wyglądały na wyraźnie zatroskane. Zanim którakolwiek zdążyła coś powiedzieć, zwróciła się do nich kobieta w zielonym sweterku:
- Najmocniej przepraszam, że się wtrącam, ale mimowolnie usłyszałam waszą rozmowę. Chciałabym coś powiedzieć, mogę?
- Yyy jasne, pewnie, oczywiście. – Odparły jedna przez drugą, lekko zaskoczone.
- Jestem Julia, cześć. Słuchajcie. Mój Robert- ten pan, który zniknął z małym Antosiem w łazience- mi nie pomaga. - Przyjaciółki wyraźnie zaskoczone nie dowierzały tym słowom, szczególnie po tym co przed chwilą widziały.
- Przecież przed chwilą widziałyśmy - twój facet pozwolił ci siedzieć i sam zabrał dziecko, żeby je przewinąć. – Prychnęła Alicja, w myślach posądzając Julię o poprzewracanie w dupie i niewdzięczność. Julia uśmiechnęła się serdecznie.
- Owszem. Ale to nie jest pomaganie. To współpraca. Mamy wspólne mieszkanie i równe potrzeby. To nie jest tylko moje dziecko. Nie tylko ja sprawiłam, że Antoś istnieje, więc skąd stwierdzenie, że mój mąż mi pomaga opiekować się dzieckiem? On opiekuje się tym dzieckiem, a nie pomaga w opiece. To samo dotyczy prac w domu. Oboje w nim brudzimy, brudzi w nim nasze wspólne dziecko. To nasz dom. Nie mój, w którym on przebywa. Nie jego, w którym ja jestem od utrzymywania porządku. Nasz dom i nasze obowiązki. Nieważne ile pracujemy poza domem.
Dziewczyny słuchały w milczeniu. Zauważyły, że wraca Robert z chłopczykiem na rękach. Julia na ten widok wstała i zaczęła ubierać kurtkę dodając:
- Zastanówcie się nad tym dziewczyny. To nie w was jest problem. I nie pozwólcie waszym dzieciom powielać schematów, że to kobieta jest perpetuum mobile, która musi mieć czas na pracę, dom i dzieci.
- Dzień dobry paniom -  zwrócił się do kobiet Robert, po czym odezwał się do żony – Kochanie, ciesz się, że wziąłem to na klatę, tylko mocarze przeżyją taką bombę biologiczną. Jestem nieśmiertelny!
- Głupek. – Zaśmiało się Kochanie – Trzymajcie się dziewczyny, pa!
I wyszli z kawiarni.
- Pa.. – powiedziała każda pod nosem, patrząc w zadumie przez kawiarniane okno na szczęśliwą parę z dzieckiem.

 *
Nienawidzę słowa „pomagać” kiedy mowa o wykonywaniu domowych obowiązków. Pomagać można chorym i potrzebującym... Żyjecie razem, jecie razem, oboje się ubieracie, oboje potrzebujecie czasu wolnego. Życie razem to partnerstwo, a nie niewolnictwo z łaskawym panem, który czasem litując się nad podwładnym włoży talerz do zlewu i czeka na pieśń dziękczynną. Chłopaki, weźcie się w garść. Pranie, prasowanie, składanie ubrań, czyste dzieci, ciepły dom, najedzona rodzina, to wszystko zabiera czas. Kiedy robicie to we dwoje, szanujecie się wzajemnie i dajecie możliwość spędzenia kawałka czasu razem, dajecie sobie szansę na chwilę oddechu. Kiedy jedno po powrocie z pracy siada i wielce odpoczywa, wymagając od drugiej osoby porządku, bo MA LŻEJSZĄ PRACĘ, to już nie jest życie z kimś, a życie obok kogoś. Kiedy w Waszym związku ma miejsce wytykanie, porównywanie i udowadnianie, że macie gorzej, to myślę, że powinniście się grubo zastanowić nad sensem istnienia tego związku.

Przestańcie pomagać. Zacznijcie żyć we wspólnocie. Warto usiąść i zastanowić się głęboko nad znaczeniem słowa „wspólne”.

stycznia 23, 2017

PseudoWalentynki

PseudoWalentynki



Im bliżej Walentynek, tym robi się goręcej. Bynajmniej nie przez to, ze wszyscy pieją z zachwytu i niecierpliwości aż kupią wielkie pluszowe serce, wybiorą się na kolację do restauracji, gdzie goście będą poupychani jak szproty, przyklejeni policzkami do ścian i okien. Temat jest gorący, trwają zagorzałe dyskusje między zwolennikami i przeciwnikami tego... hmm... święta? Tradycji? 

Bo niby dlaczego mamy świętować miłość jednego dnia? Powinniśmy celebrować ją przez cały czas, a nie tylko od święta. To jedna wielka komercja, zdziera się z naiwnych, podbijając marże o trzysta procent na wszystko co czerwone. To są dwa najczęściej rzucane argumenty ''przeciw''. A gdyby tak poluzować trochę majty, nie spinać się ani w jedną ani w drugą stronę? 

Moi drodzy... urodziny mamy raz w roku, mamę przez całe jej życie, tatę, dziadka, babcie też... Jak już się urodziliśmy, to już żyjemy. Powinniśmy celebrować nasze istnienie codziennie, nie tylko w rocznice swoich narodzin. Mamę kochamy całe życie, po co Dzień Matki? Kwiaty możemy jej dawać w każdy dowolny dzień. Po co Dzień Dziecka, Dziej Ojca, Dni Babci i Dziadka...? I cała, caluteńka reszta świąt, zwyczajów, dni? Tylko jakoś nikt o tym nie krzyczy, nikomu to nie przeszkadza, że poświęca się jeden dzień w roku na szczególne uczczenie tego, co dla ludzi ważne. Skąd w takim razie tyle negatywnych emocji przy tych biednych Walentynkach?

Oczywiście, że jeśli kogoś kochamy, to powinniśmy okazywać to przez cały czas. To jest chyba logiczne i nie widzę potrzeby tłumaczenia tego komukolwiek. Ale komu przeszkadza to, że ten jeden dzień w roku można sobie zaplanować jakoś szczególnie? Uczcić te szczególną więź, która łączy nas z drugim człowiekiem? Miłość wiele wnosi do naszego życia, wiele w nim zmienia, jest fundamentem do udanego i długotrwałego związku. Serio macie coś przeciwko przyznaniu jej tego jednego dnia w roku? To już każdego indywidualna sprawa jak spędzi ten dzień, ale samo bycie na nie "bo nie" jest trochę niezrozumiałe. 

Komercja. Nie próbuję nawet zaprzeczać, że aż mdli od wszechobecnych różowych piórek, serduszek, czerwonych laurek, lizaków i reklam romantycznych filmów. Ale tego przecież się nie przeskoczy, niezależnie jakie to święto. W Dzień Babci mamy w marketach zatrzęsienie dedykowanych kubków i tulipanów, telewizor drży od reklam syropu Doppelherz, w Święta Bożego Narodzenia wmawiają nam, ze najlepszym pod słońcem prezentem jest X-Box, na pudłach drukują czerwone kokardy i renifery, w tym samym czasie rzuca Ci się w oczy olbrzymi bilbord z portalem gdzie weźmiesz pożyczkę od ręki na wymarzone podarunki (już oczami wyobraźni widzisz jak dziecko rzewnie płacze bo nie dostało oculusa, tak nie można! Przecież raty możesz zacząć spłacać dopiero po dwóch miesiącach!). Natomiast bez Coca-Coli dnia nie przeżyjesz (już teraz magiczna butelka z kokardą, wow!). A o co tu w sumie chodziło? Zaraz... Aha, Jezus się urodził! Marketingowcy wywęszyli w tym interes i proszę! Jest popyt, jest sprzedaż. A producenci sami sobie tego nie kupują, ktoś to napędza, więc czyja to wina? 

Nie widzę przeciwwskazań na bycie przeciw komercji. Warto stanąć pod prąd, przedrzeć się przez grające maskotki i samodzielnie ruszyć głową. Myślę, że najważniejsze w tym wszystkim jest to, aby ten dzień sobie zaplanować wspólnie. Nie usprawiedliwiać się pracą czy sprzątaniem mieszkania. Sprawić, że choć kilka godzin będzie należało tylko do nas. I wcale nie musimy sobie kupować poduszek z napisem 'I love You', rezerwować stolika w restauracji, która i tak będzie pękać w szwach albo iść do kina na Graya... Warto natomiast sprawić, że tego dnia nie będą istnieć rachunki do popłacenia, raty za samochód, cieknący kran czy Domestos do kupienia. Warto skupić się na sobie wzajemnie, zwolnić, przypatrzeć się sobie nieco dokładniej, powywlekać z pamięci te pierwsze wstydliwe momenty, wręczyć sobie coś, co ma dla nas sentymentalne lub symboliczne znaczenie, przygotować razem kolację, wyłączyć telefony i zagrać w Twistera. Walentynki mogą być fajne, nie trzeba od razu nadymać policzków ze złości albo wręcz odwrotnie- dawać się omamiać komercyjnym przerostem formy nad treścią. 

Kiedyś moja przyjaciółka powiedziała o swoim byłym partnerze: "Wiesz, co z tego, że on na środku rynku przy gapiach wręczył mi wielki bukiet róż, jeśli w domu zrobił mi jazdę bo spojrzałam na mojego kolegę". Walentynki nie są od zagłuszenia codziennych grzechów i na nic się zda jeden dzień, kiedy przez resztę życia nie umiemy okazać sobie szacunku. Wielkie romantyczne zrywy przy publiczności nie zatuszują zepsutego charakteru. Temu to i ja jestem przeciwna. 
Walentynki to kolejny pretekst, by uczynić dzień szczególnym. Zwłaszcza w tych czasach, kiedy jesteśmy tak zabiegani- ten jeden dzień w środku miesiąca to swego rodzaju przypominajka. Mały alert, aby na moment zwolnić, złożyć hołd uczuciu, które jakby nie patrzeć czyni nasze życie bogatszym.

stycznia 19, 2017

Jaki by nie był.

Jaki by nie był.



Siedziałyśmy razem pod ścianą, popijałyśmy wódkę z sokiem grejpfrutowym i dyskutowałyśmy o życiu. O takim życiu, jakie mamy, o naszym dwudziestopięcioletnim życiu, naszych związkach, sukcesach i porażkach. I M. powiedziała jedną rzecz, o której długo po tej rozmowie nie mogłam zapomnieć. 
- P. jaki by nie był,  to on jednak nigdy by... 


Nieważne co on nigdy by. Nieistotne. Ważne, że "jaki by nie był". JAKI BY NIE BYŁ! Myślałam o tych czterech niewinnych słowach bardzo długo i nie godziłam się na to, że ona tak bardzo obniżyła sobie poprzeczkę. Za bardzo mi na niej zależy, zbyt wiele potencjału i mądrości w niej widzę, by tak po prostu mogła mówić o swoim facecie 'jaki by nie był'. 

Kocha go, to pewne. Staje twarzą twarz ze sobą i kłamie sobie w żywe oczy, że dobrze jest jak jest. Minęło sporo wspólnie spędzonego czasu przecież. Przecież W SUMIE nie jest zły. Po pijanemu nie odwala burd, nie podnosi na nią ręki, nie wyzywa od kurew. Tylko jaki by nie był... Całe życie niezadowolony, z krzywą miną, z pretensjami na wejściu do domu, z łaską zgadzający się na zrobienie czegoś w domu, oczywiście ostentacyjnie okazując swoją obrazę. Cokolwiek mu powie, odpowiedź jest odburknięciem. Powie mu, że coś jej przeszkadza- on wyrzuca jej to co zrobiła dwa lata, trzy miesiące i osiem dni temu. Większość dialogów kończy się słowami 'a Ty...'. Jakikolwiek wyjazd kończy się zwieszoną miną, bo wydał parę złotych. Nie podejmuje decyzji, ale obraża się o to, że ona je podejmuje i wszystko znowu musi być na jej. Tylko kiedy ona go pyta o zdanie, on odpowiada 'nie wiem'. Kiedy ona ma ważną rozmowę w pracy, szansę awansu i musi przysiąść nad materiałem do nauki, on jęczy, że oczywiście musi być zepchnięty na boczny tor. Zrobił się miałki, zgorzkniały i toksyczny. Ale wiecie... jaki by nie był. 

Kiedy chodziłyśmy razem do szkoły, widziałam w niej pewną siebie dziewczynę z dużymi możliwościami, przed którą świat stoi otworem. Wróżyłam jej silnego, zdecydowanego faceta u boku i wielka karierę. Dałabym sobie ręce poucinać, że będzie gonić marzenia. Ale zadowoliła się życiem jakie ma. Nie wykorzystuje swoich możliwości, przyjmuje to co przyjdzie z niedużym wysiłkiem. Tak jak on. Kiedy przejdzie jej złość na P., szuka w nim dobrych cech, żeby sobie jakoś wytłumaczyć, że w sumie nie jest źle. Kiedy pojawi się cień uśmiechu na jego twarzy lub przejaw ludzkich zachowań, chwila ta jest wiekopomna, warta uwagi i rozwodu nad tym. I wtedy właśnie 'jaki by nie był'. 


Pamiętasz jak byłaś mała, skakałaś po drzewach i zbierałaś żaby? Jakby to było wczoraj, co? A ile teraz masz lat? Ile czasu minęło? Przerażające, nie? Przecież przed chwilą zdzierałaś kolana na ulicy a dzisiaj zdajesz maturę, wybierasz studia, podpisujesz umowę o pracę, zakładasz konto w banku. Wiesz, że kolejne tyle lat znowu minie jak moment? A nawet jeszcze szybciej, bo masz więcej na głowie. I potem minie kolejna chwila, spojrzysz w lustro i przywitasz się z pomarszczoną twarzą, na której maluje się cała Twoja przeszłość. Czy w tym zwariowanym świecie nie warto zawalczyć chociaż o wspierające ramię, o troskę, czułe spojrzenie? O pewność, że gdy zamkniesz drzwi i staniesz w swoim przedpokoju, za kolejnymi drzwiami czeka na Ciebie azyl. Czeka ktoś, kto przyniesie ukojenie po całodniowym zgiełku, po wrednych babach w kolejkach i w urzędowych okienkach, a nie będzie kolejną cegłą w Twoim życiu... Patrząc teraz na swojego partnera (lub partnerkę) dodaj mu kilkadziesiąt lat, odejmij codzienne wychodzenie do pracy, wigor, odejmij od Waszego związku seks. Co zostało? Pogoda ducha, życzliwość? Czy odwrotnie- tylko zabuczała morda? 

Żadne z nas nie zasługuje na nijakość! Na wegetację, bezczynne czekanie na lepsze jutro. Pamiętajmy, że to w jakiej sytuacji się znajdujemy, to przede wszystkim NASZ wybór. Bo mamy wybór. Zawsze jest jakiś krok prowadzący do zmian na lepsze. Boisz się? To znaczy, ze wszystko z Tobą dobrze i mózg pracuje poprawnie. Ludzie boją się nieznanego... Ale strach motywuje i zmusza do ostrożności. Czasu mamy mało, zadbajmy o jego jakość. Jesteśmy tego warci. Wszyscy. Naprawdę. 

czerwca 26, 2016

Perły przed wieprze

Perły przed wieprze



Kończyłam malować usta, kiedy weszła do domu moja siostra i stanęła w progu pokoju.
- Wow, ale wyglądasz!
- Dobrze?
- No raczej!

Faktycznie wyglądałam całkiem no raczej. Delikatne loki swobodnie opadały na moje ramiona, na twarzy wieczorowy makijaż żywcem wyjęty z najlepszych jutubowych tutoriali. Miałam na sobie czarną sukienkę na cienkich ramiączkach, odciętą w pasie. Lejący materiał łagodnie falował tuż przed kolanem, wysokie, czerwone szpilki dodawały mi klasy i seksapilu. K. rozejrzała się z podziwem po pokoju. Vis a vis drzwi stało łóżko zasłane puchatym, białym kocem. Obok łóżka mały okrągły stolik, na którym stał wazon ze świeżymi kwiatami, półmisek winogron i kubełek z butelką szampana w kostkach lodu. Na drugim końcu pokoju stała długa ława przykryta białym obrusem. Dwa krzesła stały na dwóch jej końcach naprzeciwko siebie. No i ta piękna zastawa! Na oknach wisiały piórka, wszędzie walały się płatki róż i zapachowe tealighty. Ogólnie wyglądało chyba trochę jak w burdelu, wśród dekoracji dominował róż i czerwień, ale trzeba mi to wybaczyć. Miałam dziewiętnaście lat i marzyłam o miłości jak z bajki. Miałam faceta, mieliśmy rocznicę… Starszy był ode mnie znacznie, w mojej wybujałej wyobraźni nawet był dojrzały. Zależało mi na tym, żeby go uszczęśliwiać. Stałam na środku tego pokoju zestresowana i nieco zmęczona. No dobra… Tak naprawdę miałam wyprute flaki i padałam na pysk. Całą noc walczyłam z przygotowaniem przystawki, dwudaniowej kolacji i tortu. W planach miałam jeszcze przyrządzenie lodowych koktajli z likierem kawowym i czekoladowym sosem. Tymczasem ówczesny facet mój był święcie przekonany, że smacznie sobie śpię u przyjaciółki. K. nie miała ze mną lekko, kuchnia wyglądała jakby ktoś właśnie stoczył tam walkę na śmierć i życie, posługując się jedynie mąką, cukrem pudrem i naczyniami. Dzielnie mi towarzyszyła i pomagała w zacieraniu śladów. Myślę, że w całym swoim szesnastoletnim życiu nie słyszała tyle podwórkowej łaciny co tamtej jednej nocy. 

- Nie będziemy wam przeszkadzać, lecimy na festyn. Dożynki są. Muszę się odstresować po tej ciężkiej nocy.
- Nie będzie-CIE? – zapytałam nieco zdziwiona
- Z Aleksem idę.
- Ach kuzyn nasz najlepszy!
- No raczej! – zaśmiała się K. 

W tym momencie do domu bez pukania wleciał Aleks, złapał K. pod rękę, przywitał się ze mną, zagwizdał z podziwem na mój widok i porwał moją siostrę na wiejską potupajkę.

Wzięłam głęboki oddech, zlustrowałam otoczenie, wszystko grało. Chwyciłam telefon i wysłałam smsa do G. z pytaniem o której będzie. Dziesięć minut. Ok. Uruchomiłam listę piosenek, którą kompletowałam przez dwa miesiące, wzięłam się za zapalenie wszystkich świeczek a później poszłam odgrzewać kolację. Przyszedł G. Stanął jak wryty i kazał mi chwilę poczekać. Wyszedł z domu, usłyszałam, że odpalił silnik. Pojechał. Po dwudziestu minutach wrócił z bukietem kwiatów i  winem z supermarketu. Udałam, że nie ruszyło mnie zapomnienie o naszej rocznicy. On rozejrzał się po pokoju, przytulił mnie, ucałował i zapytał:

- Idziemy na dożynki?

listopada 26, 2015

kochać i nie zwariować

kochać i nie zwariować
 

Motylki w brzuchu, euforia, palpitacje serca i inne kosmiczne rzeczy, które czepiają się człowieka w jednej chwili, tak na raz i targają nim na wszelkie możliwe sposoby, góra, dół, na boki. Do porzygu. Tęczą. I to wszystko z jednego powodu: on/ona.


I tak miotają człowiekiem jak im się podoba, z mocą co najmniej huraganu Catherine, żeby zrobić wkrótce wielkie JEBUT, otrzepać ręce, uśmiechnąć się i odwracając się na pięcie powiedzieć :”teraz se radź”. 
Na takim roller coasterze trudno cokolwiek zobaczyć, nie? Świat miga, kręci się, wszystko zapierdziela, wszystko tworzy jedną wielką, kolorową smugę. Jest to piękne i tak bardzo nas nie dotyczy. 
   No ale następuje to wspomniane jebut, wysiadka, next! I koniec zabawy. Zostajesz Ty, trochę jeszcze skołowany, nie do końca świadomy, że to koniec imprezy no i zostaje świat. A świat to świat. Żaden tam wiaterek we włosach ani wesoła tęcza. Jesteś Ty i ta druga osoba. Motyli nie ma, euforii nie ma, za to aż za dobrze znamy pojęcie OBOWIĄZEK.


Zróbmy ripley. Zakochaliśmy się. Okej. Super sprawa. Mrowienie, ogólne poczucie szczęścia, bombardowanie organizmu endorfinami. Bo ma piękne oczy, bo jest szarmancki, bo jest piękna, bo taki inteligentny, zaradny, śmieszny, wesoła, ble, ble, ble.  Widzicie to? Czego tu brakuje? Tak naprawdę brakuje nam tu drugiej osoby. Zaspokajamy tylko własne pragnienia. Dbamy o relację z drugim człowiekiem, bo zależy nam na WŁASNYM dobrym samopoczuciu. Nie ma nic piękniejszego niż euforia przecież… Naturalna kolej rzeczy, ludzie zakochani są w siebie wpatrzeni, oboje w stanie nieważkości karmią nawzajem własne ego. No i spoko. Piękny uśmiech, beztroska, wspólne poczucie humoru przysłaniają wszelkie niedoskonałości. Ale z biegiem czasu te wszystkie motylki i reszta ferajny oswajają się z drugim człowiekiem. Nudzą się, zabierają nam różowe okularki, przecierają nam oczy i odchodzą. A Ty i partner zostajecie. I chcecie być razem. Tu się zaczyna survival. Heloł, on ma swoje życie, swoich znajomych, ona ma inne zajęcia, inne przyzwyczajenia i nawyki! Jak żyć?

BÓL

Początkowo boli to, że ta druga osoba już tak na nas nie patrzy. Boli wzajemnie, bo oboje już tak na siebie nie patrzycie. Masz kogoś, coś nie tak, jestem gorszy, za gruba, już mnie nie kochasz? Stop! Kochaj drugiego człowieka, nie siebie. Błaganie o fascynację, to udowadnianie sobie własnej zajebistości, łechtanie ego, upewnianie się, że jesteśmy wyjątkowi. Zamiast snuć domysły, idź mu zrobić herbatę, przykryj ją kocykiem. I w drugą stronę- zamiast snuć domysły, zwróć uwagę, że na każdym spacerze trzyma Twoją rękę, albo wracając z pracy dzwoni i pyta czy czegoś potrzebujesz. I odpowiedz sobie na pytanie- co bardziej świadczy o miłości, ogłupiałe spojrzenie, czy troska i drobne gesty?

WADY

By to szlag, czemu ludzie mają wady? Że też wcześniej nie reagowałaś na okruszki po śniadaniu, obgryzanie paznokci czy lekką rękę do wydawania pieniędzy. Boi się podejmować ryzyko, nie umie podjąć decyzji, daje sobą pomiatać przez przełożonych? Badum, tss! 
ZWIĄZEK. PARTNERSTWO. PRACA, PRACA, PRACA. 
Praca z partnerem, ze sobą i nad sobą. Związek to odwaga na popatrzenie sobie w oczy i powiedzenie prawdy. Powiedzenie tego co nam przeszkadza, co nas razi i doprowadza do zenitalnego wkurwienia (w najlepszych związkach się zdarza i serio- nie można tego inaczej nazwać). Takie wyperswadowanie sobie wzajemnie własnych odczuć jest jednym z najlepszych dowodów na to, że ludzie CHCĄ ze sobą być. Próbować wspólnie znaleźć wyjście i podjąć ciężką pracę, zamiast odwrócić się z drwiącym „nara” na ustach. Zamiast palnąć „coś ci się nie podoba, to spadaj”, w pierwszej kolejności rodzi się myśl „chcę być lepszą wersją siebie. Dla niej/niego”. 
Działa. Pod warunkiem, że obie strony myślą w ten sposób. Wtedy nie ma mowy o nadużywaniu dobroci drugiej osoby i naciąganiu cierpliwości. Kiedy działa tylko w jedną stronę, robi się niebezpiecznie- bo druga strona widząc nasze starania, zaczyna żyć w poczuciu, że jej się należy. Wymaga, krytykuje co raz więcej i więcej. Wtedy nawet jeśli kochasz- uciekaj. Dla Twojego partnera jedyną osobą, którą kocha w tej relacji jest on sam.

ZROZUMIENIE


   Wspominałam już o ego. To taki skurwielek Ja. Jest to najbardziej rozwinięty stan naszego umsyłu. Daje o sobie znać non stop, w prawie każdej sytuacji. Unosimy się honorem, duma nam na coś nie pozwala, obrażamy się, zaciekle bronimy swego zdania, nawet jak gdzieś jakiś cieniutki głosik mówi nam, że nie mamy racji. Chcemy być najlepsi, najlepiej postrzegani, dbamy o własne interesy. 
   Dobry związek to małe ego. Szef Cię zmieszał z błotem, w drodze do domu ryczysz jak głupia, dzwonisz ale on nie może gadać. Bo w pracy akurat jest! Ciągle jest w pracy! Nic tylko ta praca, a Twoje problemy? Komu masz się wygadać, który już raz tak jest?
Stop! Wróć! 
Gdzie byłaś przed chwilą? W pracy? A dlaczego nie w domu z zapasem czasu dla niego, w razie gdyby miał jakiś problem i chciał się właśnie psytulić? Jaką masz pewność, że nic się nie wydarzyło, ale nie dzwonił BO BYŁAŚ W PRACY?! Albo na zajęciach? A gdyby tak po powrocie ze wspaniałej zumby, kawki czy czegoś innego wpsaniałego, w progu mieszkania stał on, niecierpliwie wyczekując chwili, kiedy wymierzy w Ciebie ciężkie działo pretensji i wywodów? Awantura nadciąga aż miło. Zamiast ważyć każdą złotą sekundę razem, patrzymy na czas, w którym oddaliśmy się czemuś innemu. Zamiast pogadać o minionym dniu, o planach, obejrzeć film, ludzie przeciągają linę „ a ty bardziej, a ty rzadziej, a ty, a ty…”.A zegar tik, tak, tik, tak…  Zachęcam do przemyślenia czy faktycznie tylko leżysz i pachniesz z otwartymi ramionami i czujny jak surykatka czekasz aż partner akurat będzie potrzebował duchowego wsparcia? Jak to wygląda z jego/jej strony? 
Ważne, by zalazła czas na wysłuchanie Ciebie. Ważne by pytał jak minął dzień. Nie zawsze może od razu. Nie jest Tobą. Ma inne życie- jesteś jego częścią, ale jest inne od Twojego. Praca nad sobą, walka z własnym ego to mały krok ku byciu lepszym partnerem. Nie wkurzaj się na „nie mogę teraz rozmawiać”. Dlaczego się denerwujesz? Bo poszło nie po TWOJEJ myśli. Znowu to ego! Przecież TY chcesz rozmawiać! Teraz! 
   Każdy ma swoje cele i obowiązki. Ty również. Ile razy czegoś nie mogłeś? I pomyśl, czy złość drugiej osoby cokolwiek zmieniła, prócz tego, że błyskawicznie zagęściła atmosferę? 
Ty to nie on, ona to nie Ty. 
Życie z drugim człowiekiem to nie przewidywalny film. To starcie z drugim, zupełnie innym życiem, które można dopasować, ale i tak zawsze będzie miało inny kształt. To niespodzianki i rozczarowania. Ważne by nie tracić czasu na pierdoły. Oba te życia są na to za krótkie. Kochajcie się i rozmawiajcie. 

lutego 24, 2015

współprzeżywać z Tobą

współprzeżywać z Tobą





Miało być cudownie. Ostatecznie znowu coś poszło nie tak. Konwersacja zakończona wieloznacznym "mam dość ".

Gdybym potrafiła zgrabniej się poruszać, chodzić trochę ostrożniej... Gdybym czasem zakładała płaskie buty, a szpilki miałabym przyrośnięte do stóp, byłabym teraz w pracy... Ale jestem tu. W domu. Wróciłam ze szpitala bo mi już lepiej. Rana na głowie się zrasta, nie potrzeba mi już ketonalu. Ale wciąż rozsadza mi łeb przy wysiłku. I gdy płaczę… Czyli na przykład teraz...


Generalnie już się śmiejemy z tego, że zleciałam ze schodów. Że z czystym sumieniem mogę odpowiedzieć twierdząco, gdy ktoś zapyta czy na głowę upadłam. Nie wiem jakbym się starała, pierdołą już chyba umrę. Pomalowane paznokcie, pofarbowane włosy i makijaż nie ukryją skłonności do potykania się, psucia, rozsypywania, wylewania, brudzenia i uderzania wszystkim o wszystko.
Ale tym razem napędziłam Ci stracha, co? 


Gdy jest niemoc, jesteśmy mocni. Trzymasz mnie za rękę, obiecujesz, że będzie dobrze. Pamiętasz, że lubię Kubusia z truskawką i wołasz pielęgniarkę, bo z bólu nie widzę na oczy. I cieszysz się, że to tylko był szok.. że nie straciłam pamięci. W głowie jest aż zbyt gęsto od myśli o łapaniu chwil, są łzy wzruszenia, że mamy siebie i pojawia się dotkliwy ból na myśl co mogłoby się stać. Tak jak rok wstecz, gdy po wszystkim spojrzeliśmy na samochód wrośnięty w drzewo i na zdumione miny szanownych panów strażaków, pytających siebie jak udało nam się przeżyć…W chwili bycia o włos, nagle potrafiłam poklasyfikować absolutnie każdy element mojego życia. Gdy rumor ucichł, miałam już w głowie porządek. Wieża priorytetów zrobiła się stabilna.
Twoja chyba też, ale nie jestem pewna, czy to dla mnie dobrze…


Gdy łzy wyparują z policzków i szyi, tętno się uspokaja i kołnierz ortopedyczny ląduje w szafie, można wrócić na ścieżkę codzienności. Stąpasz po niej co raz szybciej i szybciej, biegniesz wyprzedzając swój cień. Ja próbuję zdążyć. Ale nie chcę... Słońce wschodzi, powietrze pachnie mrozem, dziecko się uśmiecha, gdzieś słychać naszą piosenkę… Tego nie dostrzeżesz, jeśli się nie zatrzymasz. Biegniesz, by zdążyć mieć. Ale możesz nie zdążyć być.

Załóżmy, że będziesz stary. Usiądziesz w skórzanym, bujanym fotelu, ze szklanką Jim Beam’a w ręku i rozejrzysz się po swoim pokoju. Co zobaczysz? Najlepszy sprzęt, meble na wymiar z litego drewna i rogówkę w skórze najwyższej jakości…? Co sobie na ten widok przypomnisz? Co pomyślisz, gdy opowiem Ci własne wspomnienia? Czy chociaż część z nich będzie należała do zbioru Twoich wspomnień?  

Lubię Ci opowiadać. Ale najbardziej kocham z Tobą współprzeżywać.

Zatrzymaj się. Tylko czasem, proszę. Machnij ręką na najwyższą jakość tej pieprzonej skóry. Nie może być średnia? 

Kosztem współprzeżywania… 

Copyright © 2016 Pseudolejdi. , Blogger