Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mama. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mama. Pokaż wszystkie posty

sierpnia 17, 2019

Prawie zepsułam swój Baby Shower!

Prawie zepsułam swój Baby Shower!


Siódmy miesiąc ciąży dobiegał końca, a mnie się marzył Baby Shower. Nie miałam za złe moim przyjaciółkom, że w eterze cisza, w końcu taka impreza to ciągle jeszcze słabo znany temat w Polsce. A to przecież świetna sprawa, spotkanie w gronie najbliższych kobiet, wspólne świętowanie z okazji zbliżającego się wielkiego dnia, w którym przywitamy nowego członka rodziny. Nie oszukujmy się, że w większości przypadków zorganizowanie takiego spotkania, gdzie pojawią się na raz wszystkie ważne dla nas osoby, wymaga nie lada organizacji i to z dużym wyprzedzeniem. Ta musi wziąć wolne, tamta musi przyjechać z daleka i zawsze komuś nie pasuje. Kiedy jest specjalna okazja, to jakoś tak mobilizacja większa i o wiele większe jest prawdopodobieństwo spotkania w pełnym składzie. 
Po porodzie różnie to wygląda, a i świeżo upieczona mama chce odpocząć, przejść w spokoju połóg, nauczyć się odgadywać potrzeby swojego dziecka. Nie w głowie wtedy imprezy, a już w ogóle w tak licznym gronie. Tłok to dla noworodka ostatnia rzecz, której potrzebuje. Zatem Baby Shower wydał mi się najlepszym rozwiązaniem- ja byłam jeszcze „na nogach”, czułam się dobrze i miałam czas.

Zaczęłam przebąkiwać o imprezie, stwierdziłam, że zamiast biadolić i się żalić, że nikt nic nie robi i o rety jakaż to jestem niepocieszona, sama wezmę sprawy w swoje ręce i przygotuję sobie Baby Shower. Kiedy pisałam z przyjaciółkami i pytały co u mnie, ja zgodnie z prawdą odpowiadałam, że właśnie szykuję listę gości i kompletuję dekoracje. Wszystkie reagowały z entuzjazmem i przyznawały mi rację, że to super pomysł. Jedna z nich nawet zaproponowała, że w weekend wpadnie na kawę i przegadamy sprawę, bo z chęcią mi pomoże. Była bardzo ciekawa co wybrałam i jak sobie wyobrażam wystrój. Rzuciłam się w wir przekopywania stert aukcji na allegro w poszukiwaniu dekoracji. Trochę popłynęłam, przyznam. Zrobiłam screena z mojego koszyka i wysłałam go do wyżej wspomnianej przyjaciółki. Kategorycznie zabroniła mi płacić, przecież obiecałam, że też będzie miała w tym udział i ona bardzo chce wybierać dekoracje ze mną! No dobrze, już dobrze, bez nerwów, wstrzymam się do jutra. Odezwała się też moja szwagierka, która akurat dysponowała czasem wolnym w sobotnie popołudnie i pytała czy może wpaść. Poinformowałam ją tylko, że weekend spędzam u mamy i oczywiście jest przemile widziana. 
W międzyczasie niespodziewanie przyjechała do rodzinnego domu moja siostra, która twierdząc, że się stęskniła, zaproponowała sobotni wypad na miasto. Tak wiecie, po babsku- na jakieś zakupy i duuuże lody. Ucieszyłam się ogromnie i nie dałam się prosić. Warunkiem był powrót przed godziną 15:00. I uwierzcie mi, że NADAL nie miałam nawet grama przeczucia, pomimo, że wstępnie godzina odwiedzin nie była ustalona, a mama oznajmiła, że musimy wrócić przed 15:00, bo przecież dziewczyny na kawę przyjadą… Chwila, momencik mamo! Jak to piętnasta? Przecież jeszcze się z nimi nie umawiałam na konkretną godzinę? Mama się koncertowo wykręciła twierdząc, że jej się pomyliło, bo o piętnastej to z kimś się umawiała na poniedzałek w sprawie naprawy pieca… No okej. Pomyliło jej się, zdarza się. Nie mniej, uznałam, że to spoko godzina na przyjęcie gości i tak też napisałam dziewczynom. 

Kiedy wysłałam do mojego chłopaka selfie z mamą i siostrą, żeby pokazać mu kto taki nas odwiedził, zapytał tylko czemu na zdjęciu nie ma naszego psa. PSA! Moja siostra przyjeżdża raz na ruski rok i TO go nie zdziwiło. Zdziwił go brak psa na zdjęciu! I TO TEŻ nie wzbudziło żadnych moich podejrzeń. Być może dlatego, że moja rodzina po prostu, zupełnie naturalnie popełnia gafy, mieszają nam się daty, godziny, mówimy głupoty i zwracamy uwagę na rzeczy oczywiste, a nieoczywistych nie dostrzegamy. Dużo łatwiej wtedy uśpić czujność. Wierzcie mi, chapeau bas za pokerowe miny i zimną krew wszystkich zamieszanych, bo nie byłam łatwym celem i często byłam o włos od zepsucia całej niespodzianki. 

Przyszła sobota, kiedy to miałam udać się z siostrą na ten cały szoping. Zjadłyśmy śniadanie, zrobiłyśmy mejkapy i ruszyłyśmy przed siebie. Wypad był naprawdę fantastyczny, spędziłyśmy razem dużo czasu na żartach, zwierzeniach i gadaniu o głupotach. Skubany agent 007, była ciągle w kontakcie z resztą ekipy, pisała z nimi non stop, a robiła to tak, że tego nawet przez chwile nie zauważyłam. A to jak była w przymierzalni, a to jak ja byłam w przymierzalni, kiedy poszłam do toalety albo prowadziłam samochód. Zaparkowałyśmy pod domem kilka minut po godzinie 15:00, nie było jeszcze żadnego samochodu, także z ulgą stwierdziłam, że zdążyłyśmy przed przyjazdem dziewczyn na kawę. 

Kiedy weszłyśmy do domu i otworzyłam drzwi od salonu zabrakło mi powietrza. Naprzeciwko mnie stało grono najbliższych mi kobiet krzyczących „NIESPODZIANKA!!!”. Pokój tonął w przesłodkich dekoracjach, założono mi kolorowy wianuszek, wszystko było tak kunsztownie i kreatywnie zorganizowane, że zabrakło mi słów. Rzadko wzruszam się do łez, ale wtedy im się udało doprowadzić mnie do płaczu. Uściskałam je wszystkie bardzo mocno, wciąż nie mogąc uwierzyć jak udało im się utrzymać to wszystko w tajemnicy, gdzie prawie bez przerwy, nieświadomie sabotowałam ich poczynania. Prócz wspaniałego spotkania i przepysznego jedzenia na stole, czekało na nas mnóstwo zabaw, które przygotowała prowodyrka całej tej imprezy, moja kochana przyjaciółka Anita oraz moja wspaniała mama. Otrzymałam również furę fantastycznych i bardzo potrzebnych prezentów, bo okazało się, że moja lista wyprawkowa została podstępnie przechwycona i wykorzystana. Wszystkie uczestniczki imprezy ustaliły między sobą która co kupuje, dzięki temu żaden prezent nie był bezużyteczny czy nietrafiony. Dopiero wtedy zrozumiałam dlaczego ciągle wszyscy powstrzymywali mnie od zakupów. Na okrągło słyszałam „nie spiesz się”, „po co tak szybko?”, „spokojnie, wybierzemy się na zakupy razem”, a potem było to odwlekane w nieskończoność. Wiecie jaka to katorga dla pierworódki? Istna tortura, nie kupuj, nie kupuj, nie kupuj… kiedy bardzo chcesz! :)  

Marzyło mi się Baby Shower, ale to co przygotowały dziewczyny w porozumieniu z moim ukochanym przerosło moje wszelkie oczekiwania. Poziom poczucia szczęścia rozwalił skalę. Kiedy pokazały mi swoje konwersacje na messengerze, zobaczyłam, że knuły już długo przed tym, zanim w ogóle zaczęłam o tym mówić. Każda zasługuje na osobiste wyróżnienie, za wkład, zaangażowanie i nie jedna za pokonanie setek kilometrów by mnie uszczęśliwić. To wspaniałe uczucie, wiedzieć, że ma się tak cudowne i życzliwe osoby obok siebie. Jedyna moja obawa, to fakt, że poprzeczka została zawieszona cholernie wysoko i kiedy przyjdzie mi szykować Baby Shower dla którejś z nich, będzie bardzo trudno temu dorównać. :) 

Jeśli jesteście ciekawe jak przebiegła impreza i jakie atrakcje przygotowano, chętnie przygotuję osobny wpis. Zdjęcia mam kiepskiej jakości, ale ciul z tym, wrzucę małą fotorelację. Myślę, że dla wielu z Was będzie świetną ściągą lub inspiracją do przygotowania podobnej uroczystości.

maja 26, 2019

Mam prawo krzywdzić dziecko bo jest moje

Mam prawo krzywdzić dziecko bo jest moje


Z góry sorki za clikbait, (początkowo trochę nieświadomy) jednak doszłam do wniosku, że ten tytuł nie mógł brzmieć inaczej. Wkurzyłam się porządnie, serio.

Gdzieś kiedyś już wspomniałam, że należę do kilku grup zrzeszających mamy i przyszłe mamy. Jest jedna taka grupa, która została utworzona dla kobiet mających termin przypadający w tym samym miesiącu. Najpierw dzieliłyśmy się tam swoim nastrojem, wiedzą, gadałyśmy o metodach łagodzenia bólu pleców albo pozbycia się zgagi i wylewałyśmy swoje żale wszelakie. Generalnie grupa wsparcia, wiadomo- tak raźniej mieć kontakt z kobietami, które przechodzą to co ty. Bardzo sympatycznie tam było. Teraz już wszystkie członkinie są mamami od czterech/pięciu miesięcy i już się wyłaniają pierwsze matki-kwiatki. Początki niewinne- a moje się już obraca, a mój się śmieje, a mojemu ząbek wyłazi, a moja taka już mądra i rezolutna. No i okej, ja to rozumiem. Sama się totalnie jaram każdym jednym postępem, a z okazji Dnia Matki popłakałam się, że mój pierworodny, pomimo swej okropnej męki (leżenie na brzuszku takie ohydne) z determinacją próbował pełzać do przodu i dał radę! Co prawda ja nie wrzucam takich postów na grupy bo zdaję sobie sprawę, że ma tak KAŻDA KOCHAJĄCA MATKA. Ale rozumiem i szanuję, że inne mają taką potrzebę.  Wracając do tematu- odnoszę wrażenie, że niewinny post pani Ani Kowalskiej* o zręcznym chwytaniu zabawek przez Brajanka** daje innym matkom uczucie przypominające prąd z paralizatora w dupie. I zaczyna się potok komentarzy „a mój to już dawno; a moja nie dość, że chwyta, to jeszcze…” i jadą, jadą. Jednak wszystko to odbywa się w (być może złudnej) przyjaznej, spokojnej atmosferze. Generalnie grupa mimo wszystko nadal często służy pomocą, poruszane są istotne tematy, padają naprawdę ciekawe pomysły i porady. Ale to co ostatnio tam widziałam sprawiło, że mi wszystkie rynce opadły. 

Magiczny miesiąc czwarty, pierwszy spór o to czy rozszerzać dziecku dietę czy też nie. Nie jestem zwolenniczką dyskusji na ten temat w zakresie przyznawania słuszności jednej ze stron. Jest ogólnie przyjęte, że dietę najlepiej rozszerzać po miesiącu szóstym, ale w czwartym już można, więc nic nikomu do tego jak kto postanowił. Proste. Mimo to pojawiają się już grzmoty i pioruny, matulki przepychają się w kwestii czyja prawda jest słuszniejsza. Jednak nie rozszerzanie diety mnie tak dziabnęło. Dziabnęły mnie fotki czteromiesięcznych dzieci, które są sadzane w krzesełkach do karmienia z oparciem 90 stopni. Serio? Można to robić nieświadomie. Pomijam fakt, że każda z tych matek ma dostęp do Internetu i nieograniczone możliwości korzystania z niego. Mamy XXI wiek i nie trzeba zapierdalać do biblioteki, żeby poczytać o tym CZY POWINNO SIĘ SADZAĆ DZIECKO KIEDY NIE SIADA SAMODZIELNIE. Ok, zakładamy, że biedne dziewczyny są nieświadome krzywdy jaką mogą wyrządzić dziecku i inne członkinie grupy grzecznie (podkreślam grzecznie, serio!) informują, że to nie jest dobry pomysł. I co czytam? Rozległe, często ironiczne odpowiedzi. To już nie jest wyścig czyj Brajanek szybciej wyrecytuje Pana Tadeusza. To bezpośredni atak na karyńską godność, podważanie wiedzy i autorytetu jako matki, solidny cios w ich dumę oraz ego. „Ohoho, znalazła się wszechwiedząca pani doktor”. „Noo taaaak, jestem najgorszą matką, robię dziecku krzywdę, oj zobacz jakie nieszczęśliwe!”. Była jedna taka odważna, która kocha kąpiele w gównoburzy i rzuciła na pożarcie zdjęcie swojego dziecka siedzącego w krzesełku, wyzywając „wszechwiedzące madki polki” na pojedynek. Patrzcie jaka krzywda mu się dzieje, zlinczujcie mnie, hejterzy do boju! Voila! Tak się reaguje na informacje, że twoje dziecko może w przyszłości czekać rehabilitacja z powodu poważnych problemów z kręgosłupem. Przyznawanie się do błędu i do niewiedzy jest passe. Żeby chociaż na chwilę uruchomić te uśpione szare komórki… Żeby zmusić zwoje mózgowe do pracy i zanim się kogoś obrzuci łajnem, wpaść na genialny pomysł poszukania informacji w Internecie czy aby nie ma w tym choćby ziarenka prawdy. W tym wszystkim najbardziej przerażające jest to, że swoje ego i dumę kobiety stawiają ponad zdrowie swoich dzieci. Które się zaprą i ni chuja, choćby skały srały, a z lodówki wyskoczyłby fizjoterapeuta z przestrogą, one dają sobie prawo zwierzchnicze BO SĄ MATKAMI. A cała reszta świata, która śmie im zwracać uwagę to paskudni, najobrzydliwsi hejterzy, nie wiesz?

Bo to jest do chuja Wacława moja własność i mogę decydować o jego losie, a Ty się gówno znasz, bo to nie jest Twoje dziecko zazdrosna lambadziaro! 

Powiem tak. Twoje dziecko posadzone i podparte z każdej strony poduszkami będzie nadal uśmiechniętym dzieckiem. Kiedy będziesz je stawiać i ciągnąć za rączki na siłę, chętnie będzie wykazywało inicjatywę i z radością domagało się więcej takich zabaw. Kilkumiesięczne dzieci z wielkim zaangażowaniem chłoną wiedzę o świecie i o swoim ciele. Dostrzegają zależności i całkowicie polegają na Tobie. Sadzając je, ucząc wcześnie chodzić, pokazujesz im nowe możliwości, więc nie dziw się, że chcą więcej i więcej. Ale nie ma to nic wspólnego z ich naturalnym rozwojem i gotowością do tak poważnych przedsięwzięć. I nie wiem dlaczego wydaje Ci się, że gdyby to miało zaszkodzić dziecku, to zaszkodziłoby już teraz. A jak zjesz cukierka i nie umyjesz zębów, to masz  w nich od razu czarne dziury i zaawansowaną próchnicę? A jak raz włożysz zdrową stopę w za ciasny but, to wyjmiesz zniekształconą? Trochę logiki, błagam. To są procesy długotrwałe, a skutki długofalowe. To, że teraz nie widać skrzywienia kręgosłupa, a dziecko nie odczuwa bólu, nie oznacza, że tam się nic nie dzieje. Kropla drąży skałę. 

Dzieci w życiu jeszcze się nasiedzą i nachodzą, moment niemowlęctwa trwa tak krótko. Może warto dać im cieszyć się tym krótkim okresem i samodzielnym odkrywaniem własnych możliwości? Czy widziałyście kiedyś jakiegoś dorosłego człowieka, który pełzał sobie chodnikiem, a zapytany dlaczego przemieszcza się w ten sposób, odpowiadał „bo mnie mama nie nauczyła chodzić”? Znacie kogoś, kto przy ogólnie dobrym stanie zdrowia leży, bo go matka nie nauczyła siadać? No cholera, pewnie, że nie! Ludzie, apeluję o zdrowy rozsądek, natura wie co robi. Zamiast kontrolować czy się poduszka spod plecków nie osuwa, kontrolujcie stan zdrowia swoich pociech, by mieć pewność, że pewnego dnia usiądzie i postawi swoje pierwsze kroki SAMODZIELNIE, bez ryzyka późniejszych fizjoterapii i rehabilitacji. Zadajcie sobie pytanie czy ważniejszy dla Was jest przywilej decydowania o własnym dziecku bez względu na konsekwencje, wyścig z innymi matkami o nie wiadomo co, czy jednak warto się trochę wysilić, żeby zdobyć wiedzę jak się tym dzieckiem zajmować, aby w przyszłości nie cierpiało.
Peace. 

* imię i nazwisko wymyślone
** to też :) 


Ps. Tu dla niedowiarków i leniuszków wrzucam kilka linków z artykułami o wczesnym sadzaniu dzieci.


maja 24, 2019

Czytamy od urodzenia- pierwsze podsumowanie

Czytamy od urodzenia- pierwsze podsumowanie


Kiedy byłam w ciąży od razu wiedziałam, że będę czytać mojemu dziecku od urodzenia. A przynajmniej będę się starać. Jeśli chodzi o czytanie do brzuszka, to cóż… Próbowałam, ale czułam się cholernie dziwnie. Wychodziło to nienaturalnie, trochę na siłę. Dopóki Kuba znajdował się w brzuchu, rozmowa z dzieckiem była dla mnie nieco abstrakcyjna. Do samego porodu mówiłam do niego niewiele, ale mimo to czułam z nim wielką więź. Głaskałam brzuch praktycznie od początku i najczęściej po prostu witałam się z nim na dzień dobry. That’s all. Dopiero kiedy zobaczyłam jego twarz, usłyszałam jego płacz (wróć- wrzask), dotknęłam go, przytuliłam, dotarło do mnie, że on tu naprawdę jest i dopiero wtedy prócz instynktownej miłości, pojawiła się ogromna potrzeba mówienia do niego. Początki z czytaniem były marne. Mój cwany syn od razu się kapował, że ton mam jakiś taki inny i nie zwracam się do niego, a patrzę w jakieś dziwne coś. I to mu się ewidentnie nie podobało, zatem wszelkie czytanie od pierwszych dni/tygodni kończyło się rykiem. Kontakt wzrokowy (pomimo że Jakub widział dość kiepsko rzecz jasna) musiał być zachowany. Zatem, kiedy dziecko ewidentnie gardzi słowem czytanym, czy jest coś co pozwoli od urodzenia przyzwyczajać malucha do książek? Ano jest. 

Książki na teraz

 KONTRASTY!

Od samego powrotu do domu ze szpitala ruszyliśmy z książeczkami i kartami kontrastowymi. Genialna sprawa! Noworodek nie widzi dobrze, wszystko mu się zlewa i jedyne co może dostrzec, to wyraziste kształty i kontury na mocno kontrastującym tle. A więc czarnobiałe, proste obrazy to coś, co z całą pewnością przykuje uwagę noworodka, stymulując przy tym jego zmysł wzroku. Wybór takich książeczek jest naprawdę ogromny. Wydaje mi się, że nie można tu dzielić ich na lepsze lub gorsze, albo polecane jakoś szczególnie. Można je dostać w formie tradycyjnych książek, harmonijek albo po prostu oddzielnych kart. Wszystkie spełniają swoją rolę wyśmienicie, książeczki są wygodniejsze w momencie gdy leżymy razem z dzieckiem, przewracamy strony i opowiadamy o tym co się na obrazku znajduje, harmonijkę można rozłożyć i postawić jak płotek, a karty poprzyczepiać lub poustawiać gdzieś w łóżeczku, nad łóżeczkiem i wszędzie tam, gdzie sięga wzrok malucha. Jak już kiedyś wspomniałam- w ciąży będąc przekopałam Internety milion razy. Zahaczyłam również o kilka fajnych akcji skierowanych do przyszłych i świeżo upieczonych mam, które polegały na zarejestrowaniu się na stronę, w zamian za co otrzymywałam mały pakiecik powitalny dla maluszka. Do czego zmierzam. Zarejestrowałam się między innymi na bebiprogram.pl stworzony przez Bebilon. W ich pakiecie znajduje się poradnik dotyczący głównie żywienia i rozwoju niemowląt, sensoryczna przytulanka i trzy dwustronne karty kontrastowe (zdjęcia poniżej), wszystko to zapakowane w teczkę, którą można potem wykorzystać do przechowywania dokumentów. Karty (i książki oczywiście) były przez długi czas jedynym źródłem rozrywki dla naszego malucha i jedną z głównych form komunikacji. Kuba szybko zaczął wodzić za nimi wzrokiem, żywo na nie reagować, a kiedy wylądowaliśmy w trzecim tygodniu w szpitalu, karty pozwoliły mi zająć go na moment. Na przykład, żeby skoczyć do toalety, albo zjeść coś na szybko poustawiałam karty w odpowiedniej odległości, a kiedy już jego wzrok o nie zahaczył, potrafił się na nich skupić od kilku do kilkunastu minut. Dziedzic ma za moment cztery miesiące, a czarnobiałe obrazki interesują go do teraz i pomimo, że zachwyca się już kolorowymi ilustracjami, często wracamy do książeczek kontrastowych. 




Kubuś Puchatek dla Kubusia.

"Złota Księga Bajek" z serii "Kubuś i Przyjaciele" to chyba jeden z moich najlepszych, dotychczasowych wyborów. Jak wspomniałam, początki z czytaniem były trudne i opowiadania na dłuższy czas poszły w kąt. Kiedy Kuba skończył trzy miesiące, odmieniło mu się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Stwierdziłam, że skoro skupia swoją uwagę na kolorowych zabawkach i czasem łapie zawiechy gapiąc się na nadruki na moich bluzkach, to czas na kolejną próbę. Położyłam się obok niego i trzymając nad nim książkę zaczęłam czytać. Efekt był taki, że się cholera wzruszyłam. Taa, matka wariatka, ociera łezkę ukradkiem bo się dzieciak gapi na kolorowe obrazki. No tak. To był moment, kiedy do naszego terminarza wkroczyła nowa forma spędzania czasu razem. Oczywiście niemowlę nie analizuje tekstu czytanego, pewnie nawet nie wie skąd mi się bierze taki potok słów, ale ważne jest to by oswajało się z tą czynnością i osłuchiwało się ze słowami. Nierzadko są to słowa, których nie używa się na co dzień, a więc czytanie dziecku nie tylko zbliża, ale też poszerza jego zasób słownictwa. Wielki plus dla autorów, że na każdej jednej stronie widnieją obrazki, co skutecznie przykuwa uwagę dziecka i zanim zdąży się znudzić, przewracam stronę. Każda ilustracja była komentowana przez Kubę z ogromnym zaangażowaniem. Gruchał i piał nad nimi tonem pełnym zachwytu, nieraz musiałam przerywać czytanie bo nie mogłam powstrzymać śmiechu. Jak każde dziecko ma lepsze i gorsze dni, czasem przeczytamy dwie historyjki, a czasem nie dokończymy nawet jednej. Ale jednego jestem pewna- z chęcią będę do nich wracać, bo prócz pięknej oprawy i uroczych obrazków, opowiadania pisane są w przystępny sposób, przemycają wiele ciekawostek z wiedzy ogólnej, wskazują na ważne wartości, którymi powinien kierować się człowiek, uczą jak sobie radzić w różnych sytuacjach i każda kończy się morałem. Dodatkowo na końcu książki znajdują się rymowanki autorstwa Wandy Chotomskiej, oczywiście ilustrowane :). Uwielbiam tą książkę i z całego serca polecam!

"Królik" z serii "Moje maleństwo"

Tę książkę dostaliśmy. Mała, kwadratowa książeczka ze sztywnymi stronami. Jeśli wpadnie w te małe rączki, nie zostanie podarta. Mogę ją bez problemu pokazywać Kubie z bliska, może dotykać stron i nie boję się, że nagle gwałtownie zgniecie kartkę, drąc ją lub wyrywając przy okazji. Pozwolę sobie przytoczyć opis książki ze strony lubimycztac.pl. "Pełna ciepła książka, pokazująca relacje między mamą i jej dzieckiem w chwilach, kiedy się bawi, je, psoci i układa do snu. Kolorowa, pięknie ilustrowana książeczka przygotowana z myślą o najmłodszych czytelnikach. W serii ukazały się: Kotek, Piesek, Cielątko, Prosiaczek, Miś, Królik." I nie trzeba właściwie nic dodawać, poza tym, że mocno zaakcentowałabym, że jest to opowiadanie dla najmłodszych. Myślę, że nabędę resztę książeczek z tej serii, sądząc po reakcji Kuby na "Królika". 

Książki na później

Najpiękniejsze wiersze dla dzieci –Jan Brzechwa

W zasadzie waham się pomiędzy książką na teraz, a na później. Zarówno w okresie niemowlęcym jak i w późniejszym wiersze mają znaczący wpływ na rozwój dziecięcej mowy i nauki odpowiedniej intonacji. Niemowlę osłuchuje się z melodycznością naszego języka, wychwytuje intonację i rytm czytanych wierszy. Dzieci posiadają naturalne predyspozycje rytmiczne, w związku z czym wierszyki i rymowanki są świetną metodą nauki języka poprzez rozrywkę.  Wybaczcie ten pseudomądry, pedagogiczny ton, ale coś tam jeszcze ze szkoły pamiętam i uważam, że utwory rymowane są naprawdę istotnym elementem w rozwoju mowy. Znacząco wpływają na poszerzanie zasobu słów i na umiejętność posługiwania się nimi. Co do wyboru wierszy, tu już wolna amerykanka. Wybrałam Brzechwę, bo to wiersze z mojego dzieciństwa. "Na straganie", "Entliczek pentliczek", "Dzik jest dziki" i tak dalej- to klasyki, które chcę przekazać kolejnym pokoleniom i mam nadzieję usłyszeć je kiedyś z ust mojego syna. W domowej biblioteczce ma swoje miejsce także Julian Tuwim. Istnieje multum różnych wydań do wyboru, do koloru. Ja szczególnie upodobałam sobie książki z wydawnictwa GREG, są jakieś takie... estetyczne :) .   

Mały Książę

Temat Małego Księcia jest mi bardzo bliski i chciałabym Kubie przekazać wszystkie wartości płynące z tej książki. I choć skierowana jest do dzieci, ma bardzo istotny przekaz dla nas- dorosłych. To piękna, metaforyczna opowieść o dojrzewaniu do miłości, o przyjaźni i o tym jak łatwo zatracić się w dorosłym świecie, tracąc po drodze kreatywność i zdolność do bezinteresownego kochania. Chciałabym by ta dziecięca wrażliwość została z moim synem jak najdłużej, a najlepiej do końca życia. I żeby nigdy nie stawiał pieniędzy, pracy oraz władzy ponad rodzinę i przyjaciół. I aby rozumiał, że „dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”. Trochę czasu jeszcze minie zanim przeczytamy tę opowieść z pełnym zrozumieniem, ale cieszę się, że gości ona w naszej skromnej biblioteczce i w każdej chwili możemy po nią sięgnąć. Myślę, że Mały Książę to pozycja warta rozważenia przez każdego rodzica. 

Mądre bajki

To książka zdecydowanie dla kilkulatków. Jest wspaniała, naprawdę. Przeczytałam kilka opowiadań i wróciłam pamięcią do mojego dzieciństwa. Myślę, że z takimi bajkami byłoby mi łatwiej uporać się z niektórymi przeciwnościami, jakie spotykały mnie w moim kilkuletnim życiu. Bajki poruszają bardzo trudne tematy w niesamowicie przystępny sposób. Zaledwie na trzech stronach A4 zawarte są poruszające, krótkie historie z bardzo głębokim przekazem. Jestem pewna na milion procent, że nie raz wesprą mnie w podpowiadaniu mojemu dziecku jak sobie poradzić z niesprawiedliwością i przykrościami, które spotka na swojej drodze. Nie wszystkie rozmowy z dzieckiem będą łatwe i przyjemne, nie raz będą czekać nas tematy trudne, niezręczne i przykre. Na odwrocie książki autor zapewnia, że „Lektura będzie idealnym wstępem do ciekawej i rozwijającej rozmowy z dzieckiem”. W pełni się z tym zgadzam. Niektóre sytuacje są wyjątkowo trudne, na przykład historia, w której ukochana babcia w pewnym momencie zachorowała i pomimo chwilowej poprawy samopoczucia umarła. Może brzmieć to dość drastycznie i trochę Was odstraszyć, ale zupełnie niepotrzebnie. Paradoksalnie śmierć jest częścią życia. Poza tym nie trzeba czytać tego opowiadania jako odprężającej historyjki po wesołej kąpieli na dobranoc, a sięgnąć po nią dopiero gdy zajdzie taka potrzeba. Dzieci często nie rozumieją tej kolei rzeczy, trudno jest im wyjaśnić dlaczego ich ukochani dziadkowie odchodzą na zawsze. Ta krótka opowiastka w bardzo łagodny sposób pozwala pogodzić się z tą sytuacją. Inne tematy poruszane w książce to powierzchowność, odmienność, cierpienie zwierząt i tak dalej… Każda z tych bajek uczy, że warto patrzeć nieco dalej niż tylko na czubek własnego nosa, uczy tolerancji i empatii, odpowiedzialności za własne wybory i szacunku do cudzej pracy, pozwala wierzyć w siebie i zachęca do okazywania dobrego serca. Czy warto ją kupić? Warto, warto i jeszcze raz warto!

Trochę się rozpisałam, ale mam nadzieję, że moje spostrzeżenia przydadzą się Wam podczas szukania najlepszych książek dla Waszych latorośli. Niechaj rosną zdrowo w towarzystwie książek. Czytanych przez ukochanych rodziców oczywiście :) 

kwietnia 14, 2019

Nie ciesz się tak, będzie gorzej.

Nie ciesz się tak, będzie gorzej.

- Cześć, co u Ciebie słychać?
- Cześć, ach, teraz to się pozmienia, zostanę babcią, Agnieszka zaszła w ciążę. Miała problemy, leczyła się, wszyscy trzymamy kciuki, żeby ciąża przebiegała prawidłowo.
- No córka szwagierki mojej siostry też miała problemy, jak zaszła to donosiła, ale ciąża leżąca i dziecko chore. 

Yyyyy.
Ekskjuzmi, łot ar ju pierdoling ebałt? Nie gratulujesz, dobra, spoko. Ale w czym ma pomóc taka informacja? Tylko usłyszysz, że ciąża zagrożona, nagle przypominają ci się wszystkie historie ciąż zagrożonych trzy pokolenia wstecz i najchętniej przytaczasz te najsmutniejsze, które nie skończyły się najlepiej.

To się zdarza nagminnie. I, o zgrozo, nie kończy się po urodzeniu dziecka. „A zobaczysz jak…”, to chyba najczęściej słyszane słowa przez przyszłe i świeżo upieczone mamy. Zastanawiam się DLACZEGO. Moja najbliższa rodzina akurat oszczędziła mi takich tekstów, ale z zewnątrz trochę ich napłynęło. Nie tylko do mnie, obserwuję co się dzieje, czytam fora, mnóstwo jest kobiet skarżących się na notoryczne „pogróżki”,  że będzie tylko gorzej.

- Jak znosisz ciążę?
- Całkiem dobrze, nic mnie nie boli, oby tylko tak dalej.
- Zobaczysz pod koniec, tak nogi puchną, przez ból pleców spać nie można, a z kibla to nie zejdziesz. 

Nooo kurwa, serio? Absolutnie nie masz prawa cieszyć się ciążą, a jak za dobrze się czujesz, to zobaczysz co będzie później, ty się tak nie ciesz!

-Nie wymiotujesz? Zobaczysz, że zaczniesz.
-Mało utyłaś? Kochana, do końca ciąży jeszcze trochę, mnie pod koniec rozwaliło, ciebie też rozwali.
 -Rozstępów nie masz? W ostatnim dniu mogą się pojawić.
-Masz zaparcia? Nie masz? Ale wiesz, że hemoroidy wychodzą też przy porodzie?

Nawet jeśli coś Ci dolega, ludzie jakby dopiero dostali jakiś zapalnik. W zasadzie głównie kobiety.
- Masz zgagę? Ojeeej, to już ci zostanie, ja miałam taką, że aż ryczałam z bólu.
- Boisz się porodu? Nooo moją siostrę to rozerwało. / Słyszałam, że ciocia znajomej mojej sąsiadki miała wstrzymanie akcji porodowej, dziecko prawie się udusiło. / Tak mnie nacięli, że przez miesiąc ledwo chodziłam. 

I po urodzeniu dziecka

- Ładnie przesypia noce? Mój też przesypiał na początku, a potem jakby diabeł w niego wstąpił. Lepiej się naciesz, bo to się skończy.
- Grzeczne? Zaczekaj aż skończy x lat.
- Niegrzeczne? Ty tak nie narzekaj, poczekaj, aż zacznie ci pyskować.
Zaczekaj aż zacznie mówić, aż pójdzie do: przedszkola, szkoły, kurwa pracy…
Tylko ZACZEKAJ! Nie ciesz się absolutnie tym co jest teraz, ale też się na zapas nie martw, bo wiesz co? Bo później będzie gorzej! 

Skąd się bierze straszenie własnym dzieckiem? Jak to jest? Czy Wy się lepiej czujecie, kiedy ktoś się gorzej poczuje? Skąd się bierze odruch bombardowania przygnębiającymi informacjami? Nie możesz udźwignąć tego, że ktoś się czuje lepiej od Ciebie? O co chodzi z tym wywlekaniem smutnych, rodzinnych historii? Dlaczego ludzie nie mają w odruchu życzyć komuś dobrze? Poklepać po ramieniu i powiedzieć „będzie ok”? Powiedzieć „cieszę się”? Dlaczego odbieracie młodym mamom radość z ciąży i macierzyństwa? Próbuję znaleźć na to odpowiedź, ale nie potrafię. Może ktoś, coś?

Ja od siebie mogę tylko wyperswadować prośbę:  Jak nie macie do powiedzenia nic miłego, to z łaski swojej stulcie dzioby. A jak macie problem z akceptacją swojego życia, warto się zgłosić do specjalisty, a nie wpędzać w przygnębienie resztę otaczającego was świata.
Dziękuję.

kwietnia 02, 2019

Kolejna matka w Internetach

Kolejna matka w Internetach


Dobra. Trzeba iść wte albo wewte. Na dość długo zamilkłam, ale pewnie nawet tego nie zauważyliście jakoś specjalnie, bo w końcu to w moim stylu. Jak już wiecie (a jak nie, to się dowiecie) zostałam mamą i świat mój wywrócił się do góry nogami. Dżizas, jaki banał! No zwał jak zwał, wraz z największym życiowym szczęściem weszła w moje życie totalna rozpierducha i konieczność poukładania wszystkiego od nowa. W czasie ciąży przeczytałam całe Internety przynajmniej dwa razy i powyciągałam najcenniejsze perełki z mamuśkowych forów. Cały swój czas poświęciłam na edukowanie się w tej totalnie nowej, dzikiej dla mnie dziedzinie życia, jaką jest macierzyństwo. Do czego zmierzam... Nie chciałabym porzucać tego bidnego bloga na pastwę losu, bo pomimo totalnego braku konsekwencji lubię go i lubię Was- tą małą garstkę stałych czytelników. Ale oczu Wam też mydlić nie będę, że siedząc z tym małym Puchatkiem w domu przez te wszystkie tygodnie, w głowie mi były problemy socjalne, polityczne, psychologiczne, damsko-męskie i te inne. Zdecydowanie nie. Urodziłam sobie maleńkiego człowieka, którego muszę się nauczyć. Muszę go poznać, odgadnąć potrzeby i zadbać o to, żeby był zdrowy i szczęśliwy. Tak więc wszystkie tematy zaprzątające moją głowę w ostatnim czasie są ściśle związane z zapewnianiem noworodkowi przeżycia we względnie komfortowych warunkach. Chciałabym o tym pisać. O swoich odkryciach, wnioskach i przemyśleniach. Recenzować to, czym go raczę, uznając za najlepsze dla jego zdrowia i rozwoju.  Bez obaw, nie stałam się madką z odpieluszkowym zapaleniem mózgu, która z dniem urodzenia swojego bombelka poczuła przypływ nieopisanych mocy i przywilejów, upoważniających do jeżdżenia po innych matkach jak po łysych kobyłach, uznając ich prawdę za absolutną gówno prawdę. Jestem młodą mamą (młodą stażem ofkors, bo wiekowo to mi już bliżej do trzydziestki. God why?), a że ja głupia, wychowana na osobę bezinteresowną- zamierzam odsyłać do stron i podawać nazwy marek wszystkich tych produktów, które naprawdę uznam za godne polecenia, zupełnie nieodpłatnie. Bo i kto by chciał płacić za recenzję na niszowym blogu, huehue. Ale jakby jakiś producent tu zabłądził... Dej, bo mnie się należy, a ja napiszę, że to je dobre. Pozdrawiam, Grażyna. 

A tak zupełnie poważnie. Pomimo, że chwilowo nie mam czasu ani weny na poruszanie tematów jak onegdaj, zostałam tą samą Agą. Trochę bardziej zmęczoną i częściej odpowiedzialną, ale nadal ze skłonnościami do psucia, potykania się i mówienia rzeczy niewłaściwych w niewłaściwym momencie. Mam tylko nadzieję, że wyplenię z siebie nawyk rzucania podwórkową łaciną w obecności dziecka zanim to dziecko zacznie łapać co mówię. Wszystko dzięki mojej ukochanej, świętej pamięci Babci, która była niezwykle urocza, wplatając zgrabnie w swoje zdania chuje i te inne takie. No i sami widzicie, ten blog nie będzie stricte parentingowy, a kiedy wdrożę się w temat rodzicielstwa na dobre to i mój filozoficzny bełkot o relacjach międzyludzkich wróci. Chciałam przez to powiedzieć, że będzie mi miło, jeśli zostaniecie. A kto wie, czy w Waszym życiu nie pojawią się kiedyś małe kaszojadki. U niektórych już są. I voila! Oto specjalnie dla Was- cenne rady na blogu niedoświadczonej mamuśki, która zapewne popełni więcej błędów wychowawczych niż by zakładała. :)

grudnia 11, 2018

Czego się boję jako przyszła matka?

Czego się boję jako przyszła matka?


Obrzygane pieluszki, brak snu, wieczny płacz, dodatkowe kilogramy, obżarte sutki, ból związany z porodem… 
Czy tego się boję? Nie. To są rzeczy, które można po prostu przetrwać, wytrzymać, zacisnąć zęby i przeczekać najgorszy okres, w międzyczasie robiąc to co do mnie należy. Nawet ten ból związany z porodem i połogiem wobec innych obaw jakoś tak zbladł. 

Kiedy zaszłam w ciążę, myślałam sobie jak to będzie i pierwsza paraliżująca mnie myśl, to był właśnie poród. Że ja przecież nie dam rady, że nie wytrzymam, że umrę. Przeglądałam oferty prywatnych klinik w Polsce, gdzie na zamówienie można machnąć sobie cesarkę w spokojnych, rodzinnych warunkach i po problemie. Wlepiałam w nie swoje gały jak niedawno wlepiałam w oferty biur podróży obiecujące niezapomniane wakacje na moich wymarzonych Malediwach. Czyli zbyt piękne żeby było prawdziwe, masakrycznie drogie i niedoścignione. Miałam jeszcze nadzieję, że z jakichś powodów będę miała wskazanie na tę operację, ale nic z tego. To był początek. W trakcie trwania ciąży miałam czas na czytanie, zbieranie informacji i szukanie odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. I owszem, dowiedziałam się sporo. Przede wszystkim, że z cesarskim cięciem to wcale nie jest tak różowo. Dowiedziałam się jak opatulać dziecko, jak postępować przy kolkach, które kosmetyki są konieczne, a które zbędne, jak czytać ich składy i czego unikać, dlaczego naturalne karmienie jest tak ważne i cała masa innych rzeczy ważnych przy opiece nad noworodkiem. Naprawdę dobrze to wiedzieć, ale z biegiem czasu docierało do mnie, że to jest chwila by to opanować. Kilka czynności, których nauczę się na pamięć i potem będę mogła je robić z zamkniętymi oczami. Parę rzeczy, których muszę się nauczyć, żeby nie zrobić krzywdy tej małej, bezbronnej istocie. I już. Kiedy jestem w miarę przygotowana na to, co mnie czeka jako świeżo upieczoną mamę, nagle uderzyły mnie zupełnie inne myśli i wątpliwości. Odkąd czuję wyraźne ruchy pod skórą, z problemów jak ja wykąpię tego małego bąbla, żeby mu nic nie połamać, zaczęłam mieć problem z tym, czy ja sobie poradzę z wychowaniem go na dobrego człowieka. 

Za chwilę mój świat wywróci się do góry nogami, będę pielęgnować i dbać o to dziecko najlepiej jak potrafię, ale czy ktoś mi odpowie na pytanie czy będę w stanie być dobrą matką? Nie taką, która podręcznikowo przewinie i nasmaruje tą bladą dupkę, ale taką, która nigdy nie da odczuć dziecku, że jest niepotrzebne? 
Kiedy przyjdzie do mnie pochwalić się dziełem swojego życia na formacie A4, rysowanym całe dziesięć minut czerwoną kredką, czy pochłonięta problemami dorosłych nie powiem „nie teraz”? 
Czy będę pamiętać, żeby podziwiać i poznawać z nim świat zamiast pospieszać w drodze na zakupy albo do przedszkola? 
Czy będę znała odpowiedzi na jego pytania? 
Czy będę cierpliwie znosić sto pytań do? 
Czy uda mi się stworzyć w nim poczucie, że może na mnie polegać? 
Czy znajdę w sobie tyle siły, zaufania i dojrzałości, żeby dać mu przestrzeń? 
Czy nie zaślepi mnie chęć kontroli nad jego życiem, jego wyborami? 
Czy będę umiała reagować, kiedy przyniesie uwagę w dzienniczku i pałę ze sprawdzianu? 
Czy uda mi się nauczyć go pewności siebie, asertywności i bezinteresowności na tyle, że gdy trafi do dużej grupy rówieśników, pozostanie sobą i nie wsiąknie w bezwartościowe towarzystwo? A jeśli wsiąknie i będą z tego kłopoty, czy będę umiała podjąć dobrą decyzję co dalej? 
Czy będę na tyle silna, żeby traktować go poważnie i sprawiedliwie, a nie bezkrytycznie? 
Czy zauważę jego zajawki i znajdę sposób, by rozwijał swój talent? 

Nagle dotarło do mnie, że jest tyle istotnych rzeczy, do których ten cholerny ból porodowy stał się problemem najmniej ważnym. Chciałabym sprowadzić na świat zdrowego, wartościowego i szczęśliwego człowieka. I przeraża mnie myśl, że tak wiele zależy ode mnie.
Copyright © 2016 Pseudolejdi. , Blogger