Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

listopada 15, 2018

Moja kreatywność a proza życia

Moja kreatywność a proza życia



Opowiem Wam historyjkę o tym jak moja romantyczna kreatywność dostała w mordę od codziennej przyziemności. A było to tak:

Miał urodziny… Zaznaczę, bo to ważne- jego praca polega na ciągłych wyjazdach. Wyjazdy te nie są regularne i nie rządzą się żadną systematycznością. Są plusy i minusy takiego życia, ale temu może poświęcę inny, trochę poważniejszy wpis. Dziś o zdecydowanym plusie jego częstych nieobecności. Nie ma najmniejszego problemu, żeby przygotować dla niego coś w tajemnicy, a niespodzianki to ja moim bliskim kocham robić. A więc (miałabym po łapach od mojej polonistki. Nie zaczyna się zdania od „a więc…”. Sama jestem nauczycielką z wykształcenia, ale who cares?) wracając do tematu- miał urodziny. Tak się w czasie złożyło, że ku mej wielkiej radości akurat w ten dzień miał wrócić do domu. Opowiem Wam jak to wyglądało w mojej wyobraźni. 

Wspólnymi siłami, troszkę nieudolnie, troszkę w ciemno stworzyliśmy swoją pierwszą sypialnię, wszystko było zrobione we własnym zakresie, nawet sufit szlifowałam osobiście tymi ręcyma. Ostatnim elementem, który miał ocieplić wnętrze i nadać mu charakteru był obraz. P. należy do mężczyzn, którzy lubią stylowe dekoracje i przykłada wielką wagę do tego, by w naszym gniazdku było przytulnie, więc prócz gier, ekstremalnych przeżyć i dobrej whisky, prezenty typowo wnętrzarskie również sprawiają mu wielką radość. Postanowiłam, że na urodziny otrzyma właśnie tę oto wisienkę na naszym sypialnianym torcie- obraz. Nie byłabym sobą, gdybym po prostu mu go podała. Lubię podchody, liściki i ogólnie lubię wysilić swoją kreatywność dla osób, które kocham. On w to wchodzi, twierdzi, że to lubi, a ja wierzę mu na słowo i działam. 

Plan był taki:
On wchodzi do mieszkania, naprzeciwko niego stoi zapakowany w papier duży obraz. Ale nie może go rozpakować, musi zagrać w grę. Widzi karteczkę ze znakiem zapytania. Odkleja ją, pod spodem jest kolejna karteczka z napisem „Let’s play game” i narysowaną słynną maską z filmu „Piła”. Na odwrocie jest zagadka. Prosta, chodzi o zabawę, nie o wytężanie umysłu, bo tego mu dostatek przez ostatni tydzień w pracy. Najpierw musi znaleźć zapalniczkę, później urodzinowe świeczki, z tym musi odszukać ukryte urodzinowe babeczki z owocami, wetknąć świeczki, zapalić je, pomyśleć życzenie, zdmuchnąć i na koniec dopiero może odpakować prezent. W tej chwili mogę wyjść już z łazienki po długiej kąpieli, pachnąca, w ładnym wdzianku i zaserwować mu kolację. Happy End. Nikt nie zwymiotował na tęczowo? Świetnie.

Jak było?
Kupiłam piękny, srebrny papier do pakowania prezentów. Kiedy go rozwinęłam, okazało się, że wcale nie. Kupiłam dużo transparentnego celofanu zawiniętego w rulon. Czasu na pakowanie miałam niewiele, bo przecież po co zabierać się za to wcześniej…? Co za tym idzie, czasu na pójście do sklepu po ozdobny papier nie było W OGÓLE. Co zrobiłam? Spanikowałam rzecz jasna, co innego mogłam zrobić? Ruszyłam w popłochu w stronę szaf, w których potencjalnie mogłoby znajdować się coś, czym można opakować metrowy obraz. Znalazłam starą, niebieską tapetę, która została jeszcze po świętej pamięci babci. Zły pomysł. Została mi przysłowiowa brzytwa, której mogłam się schwytać. Zapakowałam obraz w folię aluminiową. Wyglądał jak specjalne zamówienie na wynos z chińskiej knajpy. Przynajmniej na milion procent rzuci mu się w oczy. Przedpokój maleńki, a obraz stoi vis a vis drzwi. Karteczki przygotowałam, wszystko pochowałam gdzie się należy, zbliżała się godzina powrotu mego lubego, czyli już czas na zamknięcie się w łazience. Wlazłam do wanny i już się miałam oddać rozkosznej kąpieli, gdy rozległ się dźwięk domofonu. To pewnie on, zachichotałam złowieszczo w duszy. Domofon dzwoni drugi raz. No ni chuja, nie otworzę, bo wszystko zepsuję. W końcu wszedł do klatki, dotarł pod drzwi i… dzwoni. Ale dzwoni bardzo! Dzwoni, dzwoni, dobija się, a ja siedzę, „nie słyszę”, no cholera kąpię się, jestem naga, nie otworzę! W końcu słyszę, że zamek chrobocze, wreszcie sam sobie otwiera. Słyszałam jak P. wtaczał się do mieszkania z walizką i milionem innych tobołków, rozmawiając przy tym nerwowo przez telefon. Nie przerywając nawet na moment rozmowy, wściekły pokierował swe kroki od razu do naszej sypialni, która spełniała też funkcję jego biura. Zasiadł za biurkiem, włączył komputer i wysunął półkę z klawiaturą robiąc przy tym paskudnie dużo hałasu. Rozmowa dotyczyła typowo jego pracy, tyle zdołałam zrozumieć. Znieruchomiałam w tej wannie. P. skończył rozmowę i zaczął coś pisać w komputerze. Również BARDZO pisać, aż iskry szły. Poczekałam jeszcze chwilę. Może wylezie z tej sypialni i zauważy stojącą w przedpokoju, nowoczesną instalację „Olbrzymie sajgonki na wynos”? Nic z tych rzeczy, zapuścił korzenie na tym fotelu. Osuszyłam się i wyszłam z łazienki. Natychmiast po przekroczeniu progu sypialnio-biura rzucił mi złowrogie spojrzenie i zapytał dlaczego mu nie otworzyłam, kiedy on miał pełne ręce i wisiał na telefonie. Kiedy zapytałam czy naprawdę nie zauważył co stoi w przedpokoju, czoło mu się wyprostowało i brwi wróciły do swojej naturalnej pozycji. Wyszedł, zerknął na pakunek i przeczytał karteczkę. Nie powiem- miałam gule w gardle, a moja wrodzona ekspresyjność gorączkowo szukała ujścia, ale bez jaj- nie będę się na niego wściekać, że nie poszło po mojemu. Wycofałam się znowu do łazienki i dałam mu czas na zabawę. W zasadzie nie zdążyłam nic konkretnego zrobić, bo już po chwili wlazł cały zadowolony do łazienki z otwartą paczką pikantnych nachos. I stoi, chrupie i dumny prezentuje, że MA:
- Dziękuję! – rzekł entuzjastycznie.
Nie wiem jaką miałam minę, ale czułam się, delikatnie mówiąc, trochę zbita z tropu. Przyglądałam mu się krótszą chwilę i zdołałam tylko zadać krótkie pytanie:
- A co ty teraz robisz?
- No.. znalazłem!
W rzeczy samej miał znaleźć w kuchni coś, czego do tej pory tam nie było, ale była to gigantyczna zapalniczka, a nie paczka przekąsek, która z zabawą nie miała nic wspólnego. A jeśli nie znalazł zapalniczki, nie znalazł też kolejnej karteczki. A to znaczy, że świeczek i babeczek także nie znalazł. Kurtyna.

I w zasadzie cóż Wam po tej historii, która być może tylko mi wydaje się zabawna? Ano nasunęły mi się pewne wnioski. 

Każdy kiedyś miał dla kogoś taki obraz w aluminiowej folii. Tym obrazem mogła być zaplanowana kolacja, zaręczyny, test ciążowy, telefon z dobrą nowiną i tak dalej... Wszystko mieliście zaplanowane, miało wyjść idealnie, jednak po drodze coś poszło nie tak… Nie tak sobie wyobrażaliście ciąg dalszy. Ktoś nie odebrał, powiedział „nie teraz”, zamilkł, zachorował, został dłużej w pracy, zasnął, nie było go w domu. Ja na przykład prawie zepsułam własny baby shower. Tak wygląda życie. Cokolwiek zaplanujemy dla kogoś, nigdy nie możemy przewidzieć co się stanie. Po drugiej stronie jest osoba. Inna osoba niż Wy, która nie wiedziała o Waszych planach… Której dzień minął zupełnie inaczej. W czasie kiedy Wy byliście pochłonięci realizacją swojego planu, druga strona być może właśnie zmagała się z jakimś problemem, stała przed trudnym wyborem, żyła sobie w totalnej nieświadomości. Jakkolwiek Wasz plan nie wypali, to niczyja wina i nie macie prawa wściekać się na NIKOGO. To się zdarza, życie to nie film i nikomu nie wciska się gotowego scenariusza. Pamiętajcie, że jeśli robicie coś dla kogoś, nie obwiniajcie go, że Wam wszystko zepsuł. Ja wiem, że to szepczące, wredne ego daje o sobie znać. Bo jak to tak- JA się tak staram i wszystko na nic? JA miałam wypaść w jego oczach tak wspaniale, a on teraz to burzy! JA poświęciłam swój czas! Powiem krótko- niczego nie oczekuj i jeśli naprawdę robisz coś dla kogoś, to rób to dla kogoś do końca. Nie dla siebie i dla połechtania swojego ego. Niespodzianki są wspaniałe, a jeszcze wspanialszy jest nieprzewidziany ciąg dalszy. A ciąg dalszy zawsze jest i życie zawsze wykreuje plan B. 

I wiecie co? Jak wszedł z tymi chrupkami do łazienki, był przepełniony wdzięcznością. Serio. Jakkolwiek głupio by to nie brzmiało- naprawdę myślał, że paczka nachosów to było to wspaniałe COŚ, co dla niego przygotowałam. Że to był maks mojej kreatywności. I z całej siły chciał mi pokazać, że się z tego bardzo cieszy. Być może pomyślał, ze to dziwaczne, ale postanowił okazać mi wdzięczność, że przygotowałam coś specjalnie dla niego. Gdyby nie ta pomyłka, w życiu nie zapamiętałabym jego reakcji z taką dokładnością. Dał mi tym do zrozumienia, że na jakikolwiek pomysł bym nie wpadła, on go doceni, bo wie, że się starałam. Dla niego.

Wyłapujcie te drobiazgi z nieporozumień i niespodziewanych zwrotów akcji, bo one dużo Wam powiedzą o drugim człowieku. :)

lipca 22, 2018

młodość, głupota i tanie szpilki

młodość, głupota i tanie szpilki



Czasy studiów. Lato. Czerwiec w pełni, naładowana witaminą D3 spływającą ze słonecznymi promieniami postanowiłam przedłużyć sobie radosny stan ducha przynajmniej o kilka dni, więc niewiele myśląc, spontanicznie ruszyłam ku przygodzie. Do obuwniczego. I tam były one. Te jedyne, przepiękne, okrutnie wysokie szpilki. I co ważne w tej historii- na moją studencką kieszeń. To był wzruszający moment. Wyciągały do mnie swoje śliczne, niewidzialne łapki i nazwały mnie swoją mamusią. Rozmiar 38. To nie mógł być przypadek. Przytuliłam je czule, zapłaciłam z pokorą i ruszyłyśmy razem w świat. Lat miałam dwadzieścia i wówczas nowa para szpilek na platformie była jak najlepszy przyjaciel. Potrafiła momentalnie poprawić mi nastrój, była zjawiskiem przeze mnie pożądanym i pięknym, którego zawsze odczuwałam niedosyt. Teraz priorytety się trochę pozmieniały. Największą radością jest zdjęty stanik po przekroczeniu progu domu, chodzenie na boso i święty spokój. Dobra no. I flaszka Carlo Rossi. Dobra, dwie. Ale dziś nie o tym. 

Zakochana w nowych bucikach postanowiłam udać się w nich na najbliższą imprezę. Ale- pff- głupia nie jestem, muszę je najpierw rozchodzić! Postanowiłam więc, że zabiorę je na uczelnię. To miało być sprytne. Dużo się w szkole siedzi, mało chodzi, idealna okazja na małe rozciąganko. No geniusz. Jak pomyślała, tak zrobiła (mamo, gdzie wtedy byłaś?). W śliczną pogodę ubrałam śliczne buciki na ślicznie bose stópki. Buty nie były ze skóry ani z niczego nawet minimalnie skóropodobnego. Lakierowane tworzywo, sztuczne tak, że bardziej się nie da ale nie dramatyzujmy, były przepiękne i za pisiont złoty. Czy wzięłam buty na zmianę? Nie, nie wzięłam. Co najlepsze, podjęłam tę jakże mądrą decyzję świadomie i celowo. Mały pęcherz jeszcze nikogo nie zabił, a kusić przynajmniej nie będzie. Och, jakże byłam nieświadoma swego rychłego końca.

Już po kilku godzinach miałam wrażenie, że spod ziemi przybył po mnie sam Belzebub, który przyniósł w prezencie wiadro lawy i nie pytając o zgodę wylał mi ją na stopy. Taki sympatyczny rytuał powitalny. Powiedział, że jak zdejmę buty to pójdę do piekła. A bynajmniej nie pójdę do centrum handlowego. Tego to nie mogłabym sobie darować, bo to był ostatni gwizdek, żeby kupić kieckę na własne urodziny. Tak trochę kiepsko narzucić imprezę tematyczną i przyjść w ciuchach nie na temat. Trip po sukienkę odbyć się musiał, ja byłam twarda. Sorry Belzi, wpadnę kiedy indziej. 
Nie wiem o czym były zajęcia. Może dlatego, że od tamtej pory minęło siedem lat, a może dlatego, że jedyny mój plan na życie w tamtej chwili, to pierdolnięcie tych butów do czarnego worka, wykopanie głębokiego dołu i zakopanie ich tam. Wiedziałam, że jak je teraz zdejmę, to ich już nie założę. Uczucie ulgi będzie nie do przemożenia, a teraz jak już cierpię to cierpię. Wizja prowadzenia samochodu przez 50 kilometrów na boso napawała mnie euforią i nadzieją na lepsze życie. 

Kiedy w centrum handlowym znalazłam sukienkę to się wzruszyłam. Autentycznie wzruszyłam się na myśl, że oto cały trud skończony. Pasowała, mało kosztowała. Koniec męki, Alleluja! Po zdjęciu butów w samochodzie poczułam jakbym przeniosła się do innego wymiaru. A potem teleportowałam się do filmu Bollywood. Ludzie zaczęli się cieszyć, śpiewać, tańczyć. Każdy mnie pozdrawiał, zapanowało szczęście, kolory i pokój na świecie. Mam wrażenie, że uczucie po zdjęciu tych krwiożerczych szpilek do złudzenia przypominało kosmiczny trip po heroinie (się czytało "Pamiętnik narkomanki"). Krew, odparzenia i pęcherze przestały mieć znaczenie. Byłam wolna! 

Radość moja jednak za chwilę ostygła. Zapomniałam bowiem, że mam do odwiedzenia jeszcze jedno miejsce, gdzie w rzeczy samej na boso iść nie wypada, a w tamtym momencie ŻADEN typ obuwia nie był odpowiedni dla moich stóp. Żodyn. Kiedy dotarłam do przedostatniego celu mej katorżniczej podróży, wzięłam głęboki oddech i oddałam butom wrogie spojrzenie. Dacie radę? – pomyślałam, zerkając ze współczuciem na stopy. Gdyby mogły mówić, pewnie wyzwały by mnie od piedrolonych sadystek. Zrobiłam im to. Zacisnęłam zęby i siłą wdusiłam te biedne, opuchnięte nogi w bezlitosne buciska.

Kurrrwaaaa! Dałabym sobie głowę uciąć, że moje stopy zaczęły skwierczeć. Jak przypalająca się okrasa na pierogi. Nie wiem czy lufa przy skroni byłaby w stanie zmotywować mnie do przybrania postawy, którą natura obdarzyła gatunek homo sapiens. Przysięgam, że bardzo się starałam, ale ku wielkiemu zainteresowaniu przechodniów, krocząc przed siebie miałam w sobie tyle wdzięku co Tyranozaur i początkujący transwestyta.

Ja wiem, że są gorsze problemy. Na świecie panuje głód, bieda, ktoś pod sklepem przechlewa 500+, ktoś zmarnował dwie godziny życia na oglądanie filmu „Smoleńsk”. Ale jeśli szukasz odpowiedzi na pytanie, czy jest to dobry pomysł, by wychodzić gdzieś w nowych, nie za drogich szpilkach, w dodatku założonych na bose stopy w ciepłe lato i nie brać nic awaryjnego, to odpowiadam: 
nie kurwa, nie jest!

lipca 04, 2018

Co tu się porobiło?

Co tu się porobiło?
Podniosłam się na szpitalnym łóżku kiedy gromadka lekarzy wtargnęła do sali podczas obchodu. Jeden z nich podniósł moją kartę 
- Co my tu mamy? - Zerknął na mnie znad okularów pochylając głowę - Agnieszka, lat 19. Co tu się porobiło? 
Ano się porobiło. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że mam na mózgu gruczolaka. W ogóle nie rozumiałam co się dzieje, nie miałam okresu, choć wcześniej pojawiał się co miesiąc przynajmniej przez pięć lat. I nagle się zatrzymał. Faceci w białych kitlach, żeby mi zobrazować sytuację powiedzieli, że moja macica jest skurczona i wygląda jak u staruszki po menopauzie. Świetna wiadomość dla dziewiętnastolatki! Cudowna po prostu. Bujałam się tak od lekarza do lekarza, aż w końcu po trzech albo czterech latach trafiłam na człowieka, który wreszcie miał jakieś pojęcie i na pierwszej wizycie, po wysłuchaniu objawów powiedział co mi jest. Oczywiście były to jego przypuszczenia, ale rezonans je potwierdził i można było w końcu rozpocząć leczenie. Polegało na normowaniu poziomu hormonów i próbach zmniejszenia gruczolaka farmakologicznie. Nie zmieniało to faktu, że czas mijał a ja byłam bezpłodna i czułam się co raz gorzej. 

- Proszę brać te leki w nocy, przed spaniem, żeby przespać skutki uboczne. – cyk, pieczątka. Do zobaczenia wkrótce na kontroli. 
Tabletka, łyk wody, dobranoc. 
Umieram kurwa! – przedarło mi się przez myśl, kiedy trzęsłam się rano nad muszlą klozetową. Nudności, zimne poty, zawroty głowy. Ulgę przynosiła mi pozycja klęcząca, mocno skulona, tak, abym jakąś odsłoniętą częścią ciała dotykała zimnych kafelek. Widocznie nie zdążyłam przespać wszystkich skutków ubocznych. Zdarzało się to. Często sypiałam za krótko bo dorabiałam nocami. Bywało, że spóźniałam się do pracy, bo miałam ataki duszności. Rozbierałam się wtedy, żeby położyć się na zimnej podłodze w łazience i to przeczekać. Kiedy brałam tabletki wieczorem, wiedziałam, że mam jeszcze maksymalnie godzinę na to, żeby coś zrobić, obejrzeć coś albo pogadać z partnerem. Później biegusiem spać i to jak najdłużej. 

Był jakiś tam progres, lekarz zauważał poprawę ale patrząc na wyniki zwiększał dawkę. Sukinsyn w moje głowie zawzięty widać i ani mu się śniło ustępować. Czas mijał i mijał. Moja macica wreszcie się zorientowała ile ma lat. Zaczął się pojawiać okres. W dwudziestym szóstym roku życia, wow. Dawka leku w pewnym momencie mnie przerosła i zaczęłam błagać lekarza o zmianę, bo nie mogłam normalnie funkcjonować. Wiązało się to niestety z dużo wyższymi kosztami, bo leki nowej generacji na tę przypadłość nie są refundowane. Na imprezę wbiła jeszcze niedoczynność tarczycy, żeby było weselej. Przecież atrakcji nigdy za wiele, a nudy nikt nie lubi, co nie?

Dałam za wygraną. Bolało...

Raz przy oglądaniu odcinka Master Chef Junior zaczęłam wyć. Dobra no, może byłam  lekko wcięta. Ale wiecie... Rodzice tych dzieci mówili jacy są dumni, przybijali sobie z nimi piątki, ściskali się. I wtedy mnie ścisnęło w gardle. Pomyślałam o moim partnerze. O tym, że moja choroba może mu odebrać możliwość bycia tatą, a co jak co, ojcem to on byłby najlepszym na świecie. I wyłam rzewnie nad tefałenowskim szoł prawie tak jak za każdym razem ryczę na „Pamiętniku”. 

Musiałam sobie wszystko poukładać, zapchałam sobie planami cały rok. W pierwszej kolejności postanowiliśmy polecieć do Włoch. Spontanicznie zabukowaliśmy pierwszy najtańszy bilet do Mediolanu jaki udało nam się znaleźć. Droga powrotna była zagadką. Kolejnym punktem do odhaczenia był Woodstock, całe trzy dni. I na koniec wyjazd na kilka albo kilkanaście miesięcy za granicę w poszukiwaniu lepszych perspektyw na rozwój zawodowy. W zasadzie wszystko było postanowione. 


No i co Wam oczy będę mydlić, wiecie już przecież, że nastąpił nagły zwrot akcji, który po pięciu bezowocnych latach był dla nas jak Ice Bucket Challenge. Kiedy pojawiła się druga blada kreska, ja zamiast skakać pod sufit, wzięłam test do ręki i z zakłopotaną miną poszłam z nim do mojego chłopaka. Położyłam go na stole i zadałam najbardziej idiotyczne pytanie ever: 
- Ej… tam są dwie kreski? 
P. wziął test do ręki i przyglądał się mu w ciszy krótką chwilę. Nagle szybkim ruchem odłożył i potwierdził regułę „głupie pytanie-głupia odpowiedź”: 
- NIE WIEM! 

Nie do końca tak sobie wyobrażałam powiadomienie partnera o ciąży. Ostatnia próba była wyliczona na grudzień. Dostałam zastrzyk, trzymałam się ściśle zaleceń lekarza. Kupiłam testy i piękną kopertę, do której miałam włożyć pozytywny test i zdjęcie USG. Miałam ją wręczyć P. pod choinkę, a później wkleić do wspólnego albumu. Wszystko miałam zaplanowane od deski do deski. To się miało udać. Miało był och, ach, ryku- ryku, tulu- tulu. No i dupa. Natura jak zawsze powiedziała „taki chuj”. 
I co powiedziała natura jak dowiedziała się o moich planach na nadchodzący rok? To samo. Taki chuj, nigdzie nie polecisz, nigdzie nie wyjedziesz, a masz ciążę! Tak sobie myślę, że trzeba było od początku tak z nią pogrywać, może szybciej by się zdecydowała. Życie więc postarało się o to, żeby wieść o ciąży była jedyna w swoim rodzaju. I to jest piękne, wcale nie jest mi przykro, że P. nie obracał mną jak Patrick Swayze swojej wybranki w  Dirty Dancing. Byliśmy tacy skołowani, zagubieni i trudno nam było uwierzyć w to co się właśnie stało. 

A więc jestem w ciąży! 
Robiąc test byłam w czwartym tygodniu, potwierdziły to badania krwi i wizyta u lekarza. Nagle niedowierzanie i rosnąca radość zamieniły się w strach i obawy. Po głowie zaczęło krążyć milion myśli. Przecież jestem chora, przecież nie skończyłam jeszcze leczenia. Człowiek tak bardzo chce się cieszyć taką nowiną, ale racjonalność i świadomość swego stanu bardzo hamuje. Nie chcesz zapeszać, w milczeniu trzymasz kciuki, żeby wszystko rozwijało się dobrze, żeby organizm był wystarczająco silny na to, by utrzymać zdrową ciążę. Dziś już biorę pierwszy głębszy oddech, jestem po badaniu prenatalnym, trwa trzynasty tydzień zdrowej ciąży. Cholera… To się dzieje! Tam jest życie! 

Agnieszka, lat 27. Co tu się porobiło? Ano się porobiło. Będę mamą!

lutego 08, 2017

Dla Mamy

Dla Mamy




Wspomnienia zazwyczaj budzą się w nieoczekiwanym momencie. To nieprawdopodobne jaką pojemność ma nasz umysł. Ile rzeczy w nim zasypia i potrafi przespać pół życia aż tu nagle... No właśnie. Wsiadłam w nocy do autobusu jak przez ostatni tydzień popołudniówek. Siadam, jadę do domu. Jak co wieczór. Jak co wieczór słyszę radio zanim założę słuchawki. Usłyszałam pierwsze wersy i ogarnął mnie dreszcz. Silny, wyrazisty przeszył całe moje ciało... Ragtime. Zapomniałam... Przysięgam, zapomniałam o tym. Tak emocjonalne, tak poruszające. Kilka sytuacji z dzieciństwa, pozornie zwyczajnych, o których zapomina się na drugi dzień. Wrócił do mnie każdy wers, każdy akord, każda nuta. Z tym wszystkim odtworzyły się uczucia i obrazy... Obrazy mojej mamy. Z tamtych lat. Moja rodzina kochała muzykę. Degustacja Budki Suflera miała miejsce przy każdym rodzinnym spotkaniu. Nie chodziłam spać w weekendy i wakacje po dobranocce. Nie kazano mi odmawiać pacierza, choć i tak to robiłam. Mogłam się bawić, oglądać bajki, biegać po dworze, przychodzić do mamy i podjadać z jej talerza. Budka Suflera brzmiała gdzieś w tle. Albo była na tapecie i śpiewano ją zbyt głośno. Ale zawsze była. I zawsze była w tym wszystkim mama. Pamiętam. Jej ciepłe dłonie, ciepły brzuszek gdy tuliłam się do niego jak przychodziłam położyć głowę na jej nogach. Pamiętam jak patrzyłam na Nią z dołu. Jak kołysała się rytmicznie do piosenek, co jakiś czas spoglądała na mnie i przegarniała moje włosy. Była taka piękna. Delikatna, najwspanialsza, moja. I pamiętam jak było na dworze chłodno, ja przychodziłam się do niej tulić. Kładłam głowę na jej klatce piersiowej. Do dziś pamiętam dźwięk wdychanego przez Nią powietrza. Miarowe, miękkie oddychanie. Nawet podstawowe czynności i odruchy, które wykonywała, wydawały się być jedyne w swoim rodzaju. Tak wiele mam myśli a słowa przychodzą mi do głowy tylko dwa. Piękna... I moja. Taką ją pamiętam z dzieciństwa. Cała moja, po mojej stronie, chroniąca mnie przed złym światem jedną ręką. Właśnie tak. Obejmując mnie swoją delikatną ręką sprawiała, że czułam się bezpiecznie.. .Właśnie wtedy. Kiedy był chłodny wieczór, grill dogasał, a w tle rozbrzmiewał Ragtime. Nie było mi zimno, bez znaczenia były podwórkowe potyczki. Miejsce pod skrzydłem mamy było najbezpieczniejszym miejscem na Ziemii. A głos Cugowskiego będzie zawsze miał zapach jej perfum, granatowy kolor jej sukienki i chłód letnich wieczorów.
Kocham Cię Mamusiu.

lipca 20, 2014

z (nie)życia wzięte

z (nie)życia wzięte



Kwiecień, rok 1994.
Anna urodziła drugą córeczkę Basię. Iga ma już 3 latka, czeka aż tatuś przywiezie mamusię z dzidzią do domku, pilnuje jej przybrana babcia mieszkająca obok. Przyjechali. Mama weszła do domu z maleńkim zawiniątkiem. Nie ma taty. Iga nie wiedziała, co się stało. Mama powiedziała o tym dopiero gdy starsza córka skończyła 17 lat. A tata wtedy pojechał... Pić.
Kiedy babcia już poszła do siebie, mama rozejrzała się wokoło, usiadła i zaczęła płakać. Iga siedziała obok, Basia spała wtulona w Anię. A Ania płakała. Wszystko ją bolało, była wykończona porodem i jakością "usług", jakie serwował szpital. Nie było gdzie położyć maleńkiej Basi. Franciszek był w domu podczas pobytu Anny w szpitalu. Miał posprzątać, miał się przygotować na nowego członka rodziny... Przygotował się. Mentalnie. Zaprawił się, by nie polec podczas hucznego oblewania narodzin. A ramy łóżeczka stały pod ścianą nie skręcone. Bałagan i rozrywający ból... i ten fizyczny i psychiczny. 
Wtedy pierwszy raz Anna pomyślała, żeby odejść. Że nie może na nim jednak polegać. Najpierw tłumaczyła sobie częstą nieobecność przyzwyczajeniem do kawalerskiego trybu życia. Że Franek się ogarnie. Że się zmieni. Że gdy poczuje odpowiedzialność bycia ojcem, spoważnieje. 
Potem pojawiła się myśl numer dwa... I trzy.. i każda kolejna. "Sama tego chciałam, wybrałam go, muszę ponosić konsekwencje swoich czynów, przysięgałam, co ludzie powiedzą...". Znamy to?

*

Rodzina powinna trzymać się razem! Ojciec powinien być wzorem, przykładem, ostoją! Najważniejsze są żona i dzieci! Przepraszam, mam ochotę to powiedzieć- PIERDOLENIE.
Słowa ważne, patetyczne, z wyraźnym przekazem. Wypowiadał je Franciszek. Rzucając przykładami wzorowego zachowania. I takie przysięgał. Czyli wiedział jak powinno być. Czyli wiedzę teoretyczną miał. Bardzo teoretyczną. Ale miał też talent- talent wybitnego mówcy, talent aktorski i przeolbrzymią charyzmę. Więc żona Anna, dała się nabrać. Dawała się nabierać długo.
Bo kiedy mówił "przyjadę", nie przyjeżdżał. Kończył pracę o 17, miał być o 18, na 19 do Kowalskich na rodzinne spotkanie. Taka umowa. Mijała 19, Franka nie było, Anna dzwoni do Kowalskich, że się spóźnią. Wymyśla, świeci oczami. Chroni go. A go nie ma. Nie wiadomo do kogo dzwonić. Telefonów komórkowych jeszcze brak. Serce w gardle, mija 20 a Franka nie ma, czy coś się stało..??? Zaraz.. u kogo on.. A właśnie, teraz pracuje z Władkiem. Anna dzwoni do domu Władka, odbiera jego żona- "Tak. Franek jest u nas.. Jasne, że można go poprosić". W słuchawce słychać rozkołysany głos, że oni jeszcze muszą u Władka tylko belki rozładować. Nooo, bo mają dodatkowe zlecenie, wpadło tak od razu. Czemu nie zadzwonił? No czasu nie było, no. Tak nagle to wpadło. Anna słyszy, że w międzyczasie wpadło jeszcze małe pół litra. No może litr... Nic nie mówi. "Kiedy będziesz?"- "Za godzinę". W porządku. Minęła godzina, minęły dwie. Czas odwołać spotkanie z Kowalskimi, bo... zaraz, bo co..? Aaa, dzieci się źle czują. Córki po wieczorynce poszły spać, Anna spać nie może, choćby chciała. Chciałaby zasnąć i obudzić się, kiedy Franek będzie tym Frankiem, którego świetnie udawał przed ślubem. Który wcieli w życie każdy wzruszający wykład o wymarzonym, wspólnym życiu.
Czarna noc, rozlega się hałas, ktoś wjeżdża na podwórko. Chwila ciszy, otwierają się drzwi, wychodzi kierowca, wypadają zwłoki. Zwłoki zapracowanego Franciszka. Władek z Tomkiem próbują wtargać Franka na schody, wybiega na podwórko Anna, bardzo im dziękuje. Ściska zęby, powstrzymuje łzy. Szarpie się i siłuje z bezwładnym mężem, żeby doprowadzić go do łóżka. Przynosi mu miskę, stawia przy łóżku. Płacze. 

Na pytanie "co słychać?" Anna mogłaby odpowiadać "aaa, dzień jak co dzień". Tylko czasem sprawa wymyka się spod kontroli- Basia lub Iga czasem zaglądają przez uchylone drzwi, gdy tatę wnoszą do pokoju. Ale dziecko bezgranicznie wierzy mamie- tatuś jest chory, boli go brzuszek, źle się czuje. Nie chodźcie tu, nie przeszkadzajcie. Jakoś to przechodziło.

Bywały dni, że Franciszek był z dziećmi. Iga pamięta do dziś jedną wizytę u lekarza z tatą i jedno odprowadzenie do przedszkola. Dla taty wystarczyło, by przy stole z biesiadnikami opowiadać, jak to chodzi po lekarzach, jak to odprowadza co rano do przedszkola. Każdy zachwycony wzorowym ojcem. Ania się uśmiechała. Nie mówiła nic. Myślała, że może to pierwszy krok do poprawy relacji z dziećmi.

Iga czasem słyszała przez ścianę jak tata się denerwuje. Jak krzyczy na mamę, że to co między nimi, to zostaje w domu. Że po to się ma dom, żeby prać w  nim swoje brudy. Wiedział, że jego zachowanie nie jest w porządku. Że jest coś nie tak. Dlatego uprzedzał i prał mamie łeb, żeby czasem to nie wyszło poza ich cztery ściany. I nie wychodziło. Po co mają się niepotrzebnie kłócić.

Cała wiocha uwielbiała Franka. Cała wiocha polubiła Annę. Franek świetny kompan na imprezę, śpiewał, tańczył, opowiadał wspaniałe, barwne historie ze swojego życia... Im ludzie bardziej się śmiali, tym, bardziej ubarwiał opowieści. A był przy tym taki przekonywujący, że nikomu nie wpadło do głowy nie uwierzyć w choćby jedno słowo. Lubił, gdy mu klaskano. 
Żonę miał wzorową, cierpliwą, sympatyczną... 

Ciekawe, kiedy dały jej do myślenia słowa bliższej rodziny Franciszka. Jeden z wujków stwierdził, że Franek lepiej trafić nie mógł. Inni zakładali się między sobą, jak długo Anna z nim wytrzyma, śmiejąc się pod nosem z politowaniem. Kuzynka z góry nie lubiła Anny, zakładając, że człowiek pokroju Franka nie może znaleźć nikogo wartościowego. Jakie było jej ogromne zaskoczenie, gdy się poznały. I bardzo polubiły. Anna chyba wtedy nie rozumiała. Nie widziała powiązania. Lub po prostu nie chciała widzieć.

Wiecie co lubiła starsza córka Iga? Lubiła, kiedy tata wracał pijany. Bo wtedy przychodził rozmawiać. Wtedy mówił jej, że jest śliczna, że jest mądra, że jest wspaniała. I obiecywał jej cały świat. To, o co prosiła, miała "jak w banku". Anna się denerwowała, kiedy jej mąż nietrzeźwy przychodził wychowywać dzieci. Dzieci tego nie rozumiały. Gniewały się na mamę, że nie pozwala ojcu z nimi siedzieć, pieprzyć głupot o życiu, o tym jak ważne są i co niedługo od niego dostaną. Bo na trzeźwo ojciec był poważny. Nie żartował. Teraz 23-letnia Iga może nawet pokusić się o stwierdzenie, że wydawał się być zirytowany, że dziecko coś od niego chce. Mówi do niego, marudzi. A jak było niegrzeczne, trzeba było lać. Nie istniało coś takiego, jak "zrozumienie psychiki dziecka". Zrozumienie czym się dziecko kierowało, podejmując decyzję. Nie chciał słuchać, kiedy Iga próbowała wyjaśnić swoje zachowanie. Kiedy na przykład wszedł do łazienki, a ona myła zęby palcem. Nie zapytał dlaczego. Po prostu "przyłapał", złapał, zdzielił, dał karę. "Bo próbowała go oszukać". "Ale tatusiu, ja zauważyłam jak pani w przedszkolu wzięła pastę na palec i myła tak ząbki. Wcale nie chciałam cię oszukać, nie wiedziałam, że to źle. Chciałam umyć ząbki jak pani.". To chciała powiedzieć Iga. Ale nie powiedziała, bo nie miała jak. Franek miał manierę, że gdy lepiej wiedział, przekrzykiwał, niezbyt interesując się tym, co kto inny ma do powiedzenia. A dziecko na pewno z góry chce kłamać. Więc po co go słuchać. 

Lata mijały, dzieci rosły, Annie co raz trudniej było ukrywać przed nimi dziwne zachowania taty. Ona chciała dyskretnie żegnać konflikty, on się rzucał i krzyczał. Znęcał się psychicznie, co raz częściej obrażał Anię, potem już przy świadkach. Ale nikt nie widział nic złego. Majstry tak przecież mają. Za dużo wypiją, popierdolą głupoty. Każde małżeństwo tu tak wygląda, wielkie halo.
Zapominał odwozić dzieci, przepijał zaliczki i wypłaty argumentując, że inwestor znowu ich oszukał, nie zapłacił... Nie dawał znać, że się spóźni, nie mówił gdzie jest, zapominał o spotkaniach, świętach, obietnicach. I nie... to nie są wyznania Anny. To świat, w jakim żyła mała Iga. Człowiek dorosły często nie zdaje sobie sprawy ile rzeczy widzi i rozumie dziecko. A ludzie dalej widzieli w nich udane małżeństwo i szczęśliwą rodzinę. Brudy pierze się w czterech ścianach przecież, tak?

Anna poszła na wcześniejszą emeryturę. Pewnego dnia przyjechała w odwiedziny kuzynka Ani, przedstawiając jej ofertę wyjazdu do pracy za granicę. Dziewczynki miały po 16 i 13 lat. Po licznych rozmowach, padła zgoda na wyjazd Ani do pracy na 9 miesięcy. 
Z perspektywy czasu wygląda to dość naciąganie i nierealnie, ale wtedy Anna na prawdę wierzyła, że to jest moment, kiedy Franek będzie zmuszony zacisnąć więzy z córkami. Są już samodzielne, nie wołają pić i nie trzeba ich przewijać. Ale jednak trzeba sprawować nad nimi opiekę, a tu już wchodzi w grę współdziałanie drużynowe. Nawet dziewczyny uwierzyły, że to się uda. Franek miał ściśle określony plan. Wykrzykiwał hasła na pożegnalnej imprezie "koniec z nienormowanym czasem pracy, pełen etat, osiem godzin i do dzieci!", "co niedzielę na obiady poza domem!", "wspólne zakupy!". Dziewczyny oczywiście również miały coś do powiedzenia. Gdyby powiedziały "mamo, nie jedź", Anna by została. Ale powiedziały "jesteśmy już duże, poradzimy sobie z tatą, zawsze chciałaś tam pojechać, spełnij marzenie". Więc klamka zapadła, Anna wylatuje. To miał być sposób na poprawienie sytuacji majątkowej. Wspólne ustalenie "Anna będzie tam zarabiać i za to żyć, resztę odłoży na czas, kiedy tata z dziećmi przyjedzie na wakacje. Emerytura będzie wpływała na konto, to będą ich oszczędności, których nie będą ruszać, a za Franka wypłatę spokojnie tu wyżyją". Franek dokładnie przekalkulował zlecenia, jakie dostanie i wyliczył, że zarobi bardzo dużo. Więc wszystko było ustalone. Jak zwykle wszystko brzmiało pięknie i cudownie... w teorii. 


Franek szybko wyczuł czym najlepiej uraczyć swoich wiernych kompanów od kielicha, żeby mu klaskali i głaskali go ze współczuciem. Wyjechała, zostawiła. Czy coś się nie zgadza? Wszystko się zgadza. Dzieci są, on jest, jej nie ma. Wieś lubi takie plotki. A Franciszek nawet rozpłakać się potrafił. Jakby święcie wierzył w to wszystko.

Minęła chwila, kiedy zaszumiało. W międzyczasie wpadła przypowieść o kochanku, o samotnym ojcu wychowującym biedne dzieci, które opuściła matka. O braku kontaktu z nią, o braku środków do życia... A dziewczyny nie miały pojęcia, wszyscy huczeli, nikt im nie powtarzał... Dziewczyny też dawały się nabierać na jego mądre słowa i błaganie. Co raz częściej przychodził do domu w środku nocy, ledwo stojąc na nogach, wykrzesując z siebie "nie mówcie mamusi. Tak się zdarzyło, jestem głupi i nieodpowiedzialny (tu płacz). Po co jej nawarstwiać problemów już i tak ma ich dużo tam". Miała tam dużo problemów. Rozmawiali z nią przecież codziennie. A dziewczyny, z uwagi na dobro matki, milczały. - Co słychać? - Wszystko dobrze. Franek zapewniał o popłaconych rachunkach, wspólnych zakupach. Tu się powtarza historia z dzieciństwa. W ciągu roku, byli na zakupach dosłownie kilka razy. Rzadko się widywali, on był "zapracowany", więc one nie miały pieniędzy. A Anna o tym nie wiedziała. W końcu Franek ustalił z ekspedientką miejscowego sklepu, że dziewczynki będą przychodzić i brać jedzenie na zeszyt, a on będzie przychodził regulować rachunki... Na początku to działało. Potem przepijał zbyt dużo, zapominał zapłacić... sypało się z każdej strony. Dziewczyny milczały, nikt nic nie mówił. Tylko on. Karmił ludzi niewdzięczną, puszczalską żoną, córkami na skraju wyrzucenia ze szkoły... Był tak zajęty płakaniem do kieliszka, że nie było czasu na napalenie w piecu, kupieniem produktów na obiad. Iga często robiła speghetti. Basia wpadła w anemię.

Czasem, w szampańskim nastroju wpadał do domu i rozdawał pieniądze. Na przykład na święta. Iga i Baśka dostały wreszcie na kurtki i nowe buty. Kiedy była okazja, przychodziły do niego prosić o pieniądze, a on wtedy dawał. Pijany z ochotą, trzeźwy z łaską. Wtedy robiły na przykład kotleta z surówką. Czasem nawet pieczone ziemniaki w aromatycznych przyprawach, czy pizzę.. A on miał znowu okazję do żalu, że jego córki, dla których on wszystko, chcą tylko pieniądze... Odcinano nie jeden raz prąd... Internet... Ania była niespokojna, ale dlaczego dzieci miałyby jej kłamać... Przecież skoro mówią, że wszystko ok, to wszystko ok. Basia będzie miała prawdopodobnie świadectwo z paskiem. Więc na pewno idzie dobrze. Obie musiały dorosnąć. Prać, gotować, sprzątać. Nie udawało im się to. W domu był ogromny bałagan. Albo Iga nauczy się na historię, albo posprząta... I tak to wyglądało. Pranie w przerwach na naukę. Chociaż nic się nie chciało, bo w domu było zimno. A Franek zapomniał, że dzieci są duże. Myślał, że jak im się coś powie, to one to powtórzą, przyjmując za pewnik. A siostry widziały, analizowały... I kiedy mówiły "zimno w domu" lub "często pijesz", on był obrażony. Ale mamie nic nie mówiły. Bo ich ojciec błagał.

Ciąg dalszy będzie. 

lutego 02, 2013

Tydzień z Chodakowską

Tydzień z Chodakowską
.



1.Niedziela

Jutro się wezmę! Początek tygodnia, to dobry moment, żeby zacząć wszystko od początku. Systematycznie, bez ściemy, mmmm... i zdrowa lekka dieta. od jutra. Tymczasem... może popcorn? ;)

2. Poniedziałek
Mamy początek tygodnia, super! Dziś zacznę. Wracam po pracy na rzęsach, siadam do komputera. Idę coś zjeść.. Mama proponuje ciasto. Odmawiam. ABSOLUTNIE! Stanowcze nie!

<trzy godziny później>

Siedzimy przy kawie, cieście i bezach, oglądamy film :) Przecież to spalę!

<dwie godziny później>

SPALIŁAM! A nie mówiłam? Skalpel zrobiony. Ba! Mało mi było, zrobiłam część szok treningu. I że ja nie dam rady? Od jutra na pewno już nic słodkiego nie zjem! I zrobię turbo. Albo znowu skalpel. A zobaczę.

3. Wtorek.
Wściekłość mną zawładnęła, na co ja szłam spać po pierwszej?? Piąta rano, same powieki przytyły mi jakimś cudownym sposobem przez noc, ważą co najmniej po 300kg każda. Wstaję. Muszę się obudzić! W półśnie rozkładam ręce do rozgrzewki, podnoszę kolana, za każdym razem tracąc równowagę. Nie, nie rozbudziłam się. Tak, jestem w dalszym ciągu zła. Dużo pracy. Wracam, padam. Zjadłam chyba krówkę. Jedną. Jutro zrobię trening. Dziś idę wcześniej spać.

4.Środa.
No no.. po dwudziestej czwartej się położyłam. Postęp. Humor nie taki znów najgorszy. Praca, biblioteka, koleżanka ze studiów, dom. Koleżanka przygotowała ze swoim mężem gołąbki. Była strasznie dumna. No posmakowałam, no! Dwóch. Przecież prosiła. A odkąd mama przyjechała, czuję się jak Ewa. Nieee, nie Chodakowska! Jak Ewa z Raju. Kuszona przez węża. Pachnie jedzeniem w całym domu. Dobrym jedzeniem. A ja znów nie taka święta, to nie zawsze odmawiam. Dziś zrobię trening.

<czas nieokreślony>

nie zrobiłam.

5. Czwartek

CZARNA ROZPACZ! Przytyłam. Waga pokazuje 2kg więcej! Dziś ćwiczę! I nie jem słodyczy!
Po pracy. Rozpaczam mamie. Tak długi czas waga nie rosła, a teraz urosła! Mama ugotowała pyzy....

.... bez komentarza.
.
.
.
ALE SŁODYCZY NIE JADŁAM!


6. Piątek
Znowu się zważyłam. 2kg mniej? Waga się rozmyśliła, czy co? Konsekwentnie nie jem słodyczy. Dziś to sobie daruję ćwiczenia, mam dużo pracy na jutro do szkoły. Odwiedzimy najpierw babcię. O, pączki! O, CZEKOLADA! 
Głowa na poduszce spoczęła po godzinie trzeciej.
Aga, nienawidzę Cię.

7. Sobota.
Pobudka o siódmej. Mam nad wyraz kochające mnie przyjaciółki na uczelni. I nie chodzi o notatki. Czy ja dziś jadłam coś poza słodyczami?

Za godzinę niedziela.
No to jak? Od poniedziałku?! WAŻNA JEST MOTYWACJA.
Copyright © 2016 Pseudolejdi. , Blogger